Mam bzika jak stąd do równika!

Orientalnie zakręcona – zakręcona na punkcie Indii, a dokładniej na punkcie jednego stanu – Andhra Pradesh.
Odkąd w lutym wróciłam z mojej czwartej podróży nie ma dnia, abym nie myślała o ludziach, miejscach i wydarzeniach z drugiego krańca świata.
Znasz ten stan? Czy jest coś takiego w Twoim życiu o czym bez końca rozmyślasz?
W każdym bądź razie na horyzoncie pojawia się kolejna wyprawa.
Tym razem będzie hip-hopowo- street dancowo.
Zabieram Joe Price – instruktora i choreografa z Manchesteru, który z przyjemnością poprowadzi warsztaty taneczne dla dzieci w Rajapudi.
Kto jeszcze poleci? Oto jest pytanie. Wycieczka trwa aż trzy tygodnie, trzeba mieć trochę grosza na ten cel, no i jedziemy w niepopularne miejsca, wiejskie tereny, dzicz, z dala od cywilizacji.
Wyprawa tylko dla koneserów, więc wzięcia nie ma.
Ale nie szkodzi.
Nawet jeśli będę tylko ja i Joe, to i tak będzie git. Tamtejsze dzieci  na  pewno wiele wyniosą.
Raczej nie będzie im dane w życiu polecieć do Europy, do Anglii, do Manchesteru i pójść na warsztaty taneczne z prawdziwego zdarzenia.
To właśnie mnie nakręca – jeśli coś wydaje się niemożliwe, zrobić tak aby to się stało możliwe, środkami jakimi się dysponuje.
Rozumiecie?
Jeśli nie, to nieszkodzi.
Poluję teraz na najtańszy bilet, dam Wan znać jak coś się trafi.

Możecie zostać patronami tych warsztatów.

Wystarczy wbić na: www.patronite.pl/sylkarayska

Dzięki!

Zaszufladkowano do kategorii Indie

Jestem pracownikiem kulturalno-oświatowym

Język polski jest naprawdę skomplikowany. Pracownik kulturalno-oświatowy – ta nazwa została wymyślona za czasów PRL-u. O wiele prostsza jest angielska nazwa: activities coordinator. Czyli osoba organizująca i przeprowadzająca przeróżne zajęcia. W Polsce  funkcjonuje też nazwa: animator czasu wolnego – też dziwaczna uważam.

Lubię angielskie słowo : activities – aktywności, zajęcia.

Bo każdy człowiek ma swoje określone zainteresowania, pasje, hobby.

I to jest to  co nas nakręca!

Kiedy podstawowe potrzeby są zaspokojone każdy z nas ma te wtórne, tzw dla duszy .

Jeden lubi muzykę, taniec , sport, inny podróże,  inny dom, ogród, jeszcze inny filmy, teatr, muzea – mogłabym wyliczać bez końca.

Od miesiąca pracuję w domu  opieki jako taki pracownik kulturalno-oświatowy.

I to jest to! Jestem na właściwej ścieżce. Organizowanie czasu wolnego, aktywizowanie podopiecznych sprawia mi wiele radości. Pomimo podeszłego wieku i wielu ograniczeń spowodowanych kondycją psychofizyczną ( większość to osoby z demencją) – mieszkańcy potrafią przeżywać radość, szczęście, entuzjazm , i tego staram się in dostarczać każdego dnia.

Gdybym nie miała natury nomada i duszy żądnej nowych przygód to byłaby to praca idealna.

Ale już dziś wiem, że to nie jest moje ostatnie słowo.

Teraz nabieram nowych doświadczeń, ale już patrzę w przyszłość.

Czy jest coś takiego jak idealna praca? Zgodna z twoimi pasjami, zamiłowaniami, charakterem , wykształceniem i jeszcze dobrze płatna?

Taką chcę!!!

 

 

Bloguję więc jestem!

Nareszcie mogę napisać parę słów na moim blogu! Ostatni wpis był w styczniu. Przed moim wylotem do Indii!

Pół roku minęło, aż udało się naprawić usterkę 😉

Nie, nie będę opisywać wydarzeń z ostatnich miesięcy. Może  w kolejnych artykułach ukażą się pewne reminiscencje.

Jeśli chodzi o Indie – wyprawa była fantastyczna. Zwiedziłam więcej niż w poprzednich latach. Warsztaty  tańca kathaku, które  przeprowadziła Artur Przybylski wypadły doskonale.

Zdjęcia i filmiki można obejrzeć tutaj 

Teraz mamy sierpień. Już przygotowuję kolejną wyprawę do Indii!

Tym razem z terenu UK. Także tutaj otwieram oddział mojej Fundacji.

Trąbi się o Brexicie, a my się w Warrington zadomowiliśmy .

Mam pracę, którą bardzo lubię. Śpiewam, gram, tańczę, bawię się i tworzę razem z osobami starszymi cierpiącymi na demencję. Wielką nagrodą jest widzieć ich uśmiechnięte twarze, szczerą radość i zadowolenie.

Jestem pracownikiem kulturalno-oświatowym. Idealna praca dla mnie!

Zmieniłam dietę – nareszcie. Warzywa i owoce – banalne? Tak, tylko tym się  żywię i jest mi tak dobrze! Nie wiedziałam, że samopoczucie tak bardzo zależy od tego co spożywamy 🙂

Dzisiaj króciutko, bo lecę na film.

Taki mamy małżeński, codzienny rytuał – oglądanie filmów.

To by było na tyle.

Wpadajcie tu, zaglądajcie i czytajcie.

Dzięki!

Ostania prosta – pakowanie

Wizę do Indii załatwia się teraz zupełnie inaczej. Formularz trzeba wypełnić  online, dodać skan zdjęcia i paszportu, zapłacić kartą i poczekać. Ja czekałam tylko kilkanaście godzin i otrzymałam maila, że moje podanie o wizę zostało pozytywnie rozpatrzone. Przed wylotem trzeba wydrukować potwierdzenie i okazać na lotnisku w Indiach – tym razem ląduję w Bengalore.

Tymczasem  jestem na ostaniej  prostej – pakuję torbę podróżną.

Wybrałam Air Asia z Bengalore do Visakhapatnam i mogę mieć bagaż do 32 kg. Bardzo się cieszę, gdyż do tej pory latałam liniami, gdzie był limit 20 lub 15 kilo na linie krajowe.

Wiem….mam wiecej niż dwa tygodnie, a już się pakuję…. Tak już mam. Zawsze muszę się dobrze przygotować i nie cierpię robienia wszystkiego  na ostatnią chwilę.

Kiedy bukowałam bilety powrotne, to kupiłam lot o 24 godziny wcześiejszy, czyli zamiast 13-go wylatywać, to wylatuję 12-go….no ale już zmieniono godziny przylotu do Bengalore więc będę czekać tylko 20 godzin. 😉 😉

No bo nie sztuką jest  polecieć na urlop, ale sztuką jest z tego urlopu cało wrócić. 😀 😀

Zaszufladkowano do kategorii Indie

Co to jest Christmas party w UK?

Christmas w Wielkiej Brytanii nie ma nic wspólnego z Bożym Narodzeniem. Na ulicach widzisz dekoracje czerwono-zielone, świecidełka, lampki, pozdrawiają cię bajkowe postacie, ludzie ogarnięci są szałem przedświatecznych zakupów. A co kupują? Niepotrzebne prezenty,  Gdyby ktoś zapytal o co chodzi? Niewiadomo. O miłą atmosferę i wręczanie prezentów, to taka tradycja- mówią , itp…..Kiedy wtrącam swoje trzy grosze stwierdzając, że to święto powstało z okazji urodzin Jezusa Chrystusa – patrzą na mnie milcząco jak na dziwaka.

Tylko w kościołach można usłyszeć o tym, że „słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami”. Dlatego wpadam to tu to tam, aby posłuchać dobrej nowiny o Jezusie Mesjaszu.

Na ulicach nigdzie nie zobaczysz nawet najmniejszego znaku, że to o narodziny Jezusa chodzi. W księgarniach, sklepach z kartkami – tysiące christmasowych pozdrowień, życzeń, a jeśli chcesz kupić kartkę Bożonarodzeniową to na palcach jednej ręki można policzyć ilość sztuk jakie uda Ci się znaleźć w całym mieście….

A co to takiego Christmas party? Doświadczyłam tego w tym roku. Wiedziałam wcześniej, że Anglicy spotykają się w grudniu na mocno zakrapianych, alkoholowych imprezach. Ni jak mi to pasowało do Bożego Narodzenia.  W karnawale – owszem. Ale przed Bożym Narodzeniem?

No, ale jeśli dla nich Christmas to święto radosne, święto obdarowywania innych prezentami, nie mające nic wspólnego z żadną religią, no to dlaczego nie bawić się na całego?

Nasza sekcja Krav Magi organizowała takie przyjęcie. Instruktor zaprasza – no to czemu nie pójść. Wyobrażałam sobie miłe spotkanie, przy jednym czy dwóch drinkach z kolegami, z którymi w tygodniu spotykamy się na macie czy ringu. Nastawiona byłam na fajny czas, który upłynie na rozmowach, żartach. Ot, by bliżej poznać z kim ma się do czynienia.

Pierwsze moje zetknięcie się z miejscem, w którym obdywało się spotkanie wywołało we mnie lekki  szok. Tłum ludzi, ściśniętych jak sardynki, ze szklankami pełnymi piwa i innych trunków, muzyka tak głośna, że własnych myśli nie słyszysz…cofnęłam się. Przyszło kilku kolegów i instruktor, który na moje pytanie „dlaczego wybrał to miejsce”, zapewniał – ” bo jest dobre!”.

Zuza, która pochodzi ze Słowacji miała na twarzy bolesny grymas i wytrzymała tylko półtorej godzinki.

Przez całą imprezę staliśmy, krzyczeliśmy sobie do ucha, popijaliśmy to co zafundował instruktor i tak też robiło kilkaset innych osób Miejsc nie było, muzyka grała, nikt nie tańczył…..W angielskim Christms party chodzi o to, aby pić do upadłego….

Bez sensu dla mnie. Ale co kraj to obyczaj.

Niemniej nie żałuję, bo doświadczyłam czegoś nowego, zrozumiałam Anglików troszkę bardziej. I stanowczo wolę polskie prywatki w gronie dobrych znajomych. Pośpiewać lubimy, potańczyć. Ot, taka nasza słowiańska krew.

Szczepienia przed wyjazdem do Indii – jak to wygląda w UK?

Szczepienia są dobrowolne. Trzeba zgłosić się do swojej przychodni, wypełnić formularz i czekać na telefon od pielęgniarki. Moja zadzwoniła raz. Nie mogłam odebrać, a ona więcej się nie odezwała. Musiałam więc sama pofatygować się do lecznicy, aby przypomnieć w recepcji o swoich szczepieniach. Umówiono mnie na następny dzień. Myślałam, że tylko na rozmowę itp. Wzięłam swoją książeczkę tropikalnych szczepień. Pani skserowała sobie istotną stronę , po czym zasugerowała, że dobrze byłoby zaszczepić się przeciw polio i durowi brzusznemu.

-Teraz?

-Tak – stwierdziła lekko zdziwionym tonem otwierając szafkę i wyciągajac dwa różne pudełeczka ze szczepionkami

– A ile to będzie kosztować?

– Nic

– A mogę tak przyjąć te szczepienia, bez wcześniejszych badań lekarskich?

– Jak się pani źle czuje, może przyjść kiedy indziej

Nie czułam się źle, troszkę pociągałam nosem, ale raczej w porządku. Obawiałam się czy te dwie szczepionki to nie za dużo jak na jeden raz, czy będę mogła jutro pracować itp itd. Pani cały czas grzecznie odpowiadała na moje pytania, ale minę miała lekko zdziwioną i zniecierpliwioną. Może nikt inny jej pytań nie zadaje, tylko ja?

Bach, bach i już po szczepieniu.

Czuję się super!

Rożnica jest taka, że w Polsce trzeba za nie słono płacić, tutaj są za darmo, no i nikt nie przejmuje się zaświadczeniem lekarskim  o dobrym stanie zdrowia, ważnym przez dwadzieścia cztery godziny…Joł!

Zaszufladkowano do kategorii Indie

LIFE church Warrington

Przewracam się z boku na bok. Jeszcze trochę pospać, jeszcze trochę podrzemać. W końcu jest niedziela. Rzadko kiedy mogę się wybyczyć w łóżku.

No, ale nie ma co. Czas narzucić coś na siebie i ruszyć do Thomas Botler High School w Latchford. To pięć minut rowerkiem ode mnie, więc już nie będę się ociągać.

Już dwa lata temu słyszałam o kościele LIFE w Warrington, ale dopiero ostatnio dotarło do mnie, że jest tak blisko mojego domu.

A ja lubię jak coś jest blisko.

Docieram na miejsce. Całe rodziny kierują się do wejścia, więc zgaduję, że to własnie tu.

Przed budynkime wita mnie krępy, ale sympatyczny mężczyzna przedstawiając się jako Lukas. Przedstawiam się również i  po chwili zanurzam się we wnętrzu budynku szkolnego.

W dużej auli już czeka zgromadzony tłum. Kobiety z wózkami, dzieci małe,duże, nastolatki, mężczyźni w dojrzałym wieku, osoby starsze – jednym słowem przekrój społeczeństwa.

Zaczyna się śpiew i muzyka. Od pierwszysch taktów buzia mi się śmieje. Jest dobrze! Nareszcie miejsce, gdzie nie przynudzają!

Muzyka jest tak dobra, że chce się podskakiwać i tańczyć. Mam ochotę wyjść na tył sali i bardziej się poruszać, ale powstrzymuję się. W końcu jestem tu pierwszy raz.

Następują modlitwy, dziękczynienia i na środek wychodzi mówca. Przedstawia się jako pastor, który służy z żoną w Monako. Opowiada w humorystyczny sposób. W pewnym momencie porównuje zachowania ludzi do bellydancerki na emeryturze, stwierdzając, że pewnie na sali jest emerytowana belydancerka.

Ludzi ogarnia śmiech, a ja już macham  do niego ręką.

Po spotkaniu podbiega do mnie Lukas – okazuje się, że jest pastorem w tym kościele. Na co ja mówię, że jestem tą emerytowaną bellydancerką. Chociaż, prawda jest taka, że bellydancerki niegdy nie odchodzą na emeryturę, tańczą do końca swoich dni.

Lukas tak się ucieszył, kiedy dowiedział się iż jestem tu pierwszy raz, że postanowił mi sprawić prezent.

Akurat lider grupy muzycznej sprzedawał swoją płytę za 6 funtów.

-To ja biegnę kupić Ci to CD!

Po chwili wrócił wręczając mi upominek.

Uśmiech nie odstępowal  z mojej twarzy już do końca.

Lukas ujął mnie swoją postawą, pasją i serdecznością.

Atmosfera w tym miejscu jest fantastyczna.

Chce mi się tutaj wrócić jeszcze raz.

To co najważniejsze

Poszukiwanie Boga  rozpoczęłam w najmłodszych latach mego życia. Zawsze zadawałam pytania typu: ” Skąd się wziął świat? Co było zanim mnie nie było? Czy Bóg istnieje?Jaki jest Bóg?” itp itd. Ot, taki mały filozof ze mnie był. Chodząc na lekcje religii nie omieszkałam zadawać dociekliwych  pytań księżom, zakonnicom. Cóż…nie potrafili niestety zaspokoić mojej żądzy  wiedzy.  W wieku dziesięciu lat zaczęłam więc sama czytać różne książki – szczególnie na temat starożytnych religii, ufologii itp. Zafascynowałam się starożytnym Egiptem na całego. Przestałam chodzić do kościoła katolickiego. Prędko zaczęłam wierzyć w reinkarnację,  modlić się do starożytnej bogini Izydy, wierząc, że byłam kiedyś jej kapłanką….jednym słowem totalnie „odleciałam”.  Zawsze miałam bujną fantazję, wymyślałam więc niestworzone rzeczy, w które wierzyłam. Zatracałam granice między prawdą a fikcją. W wieku 15 lat zamieszkałam w internacie, w jednym pokoju z siedmioma koleżankami.  Modne było wówczas wywoływanie duchów. Siadałyśmy z talerzykiem i alfabetem napisanym na białej kartce i wywoływałyśmy duchy. Okazało się, że mam do tego duże predyspozycje i szybko zostałam medium…Jeśli ktoś miał do czynienia ze spirytyzmem wie o co chodzi… Miałam  wtedy 15 lat, byłam na prostej drodze do schizofrenii, spirytystyczne medium, w dodatku gryzły mnie wyrzuty sumienia z powodu różnych moich  występków. Patrzyłam na moje koleżanki z pokoju. Normalne dziewczyny, chodzące na dyskoteki, uczące się, biegające po sklepach, umawiające się w chłopakami. Też chodziłam na dyskoteki, też biegałam po sklepach, też umawiałam się z chłopakami, ale wciągałam ich w spirytystyczne bagno, w świat mojej fantazji, imaginacji, fikcji i kłamstwa.  Było mi z tym źle. Chciałam być normalna. Nie chciałam, aby mówiono o mnie „głupia”.   Pewnego popołudnia, gdy byłam sama w pokoju w internacie, uklęknęłam na moim łóżku i zawołałam: ” Boże, jeżeli jesteś objaw mi się !”

Nastąpiły pewne zmiany w moim życiu – zmieniłam szkołę, gdyż moi rodzice znów się przeprowadzili. Nikt tutaj nie wiedział o moich okultystycznych poczynaniach, a ja  zaczęłam czytać książki religijne. Naprawdę szukałam odpowiedzi. Pewnego dnia odpowiedź nadeszła.

Był to pierwszy dzień wakacji: 27.06.1987 roku. Moja mama przyniosła mi pewną ulotkę wracając z miasta, zachęcającą do przyjścia na  chrześcijańskie spotkanie. Miało się ono odbyć w muszli koncertowej przed Domem Kultury. Mama zawsze dbała o naszą edukację kulturalną, wiec musiałam pójść.  Nie czułam się dobrze tego dnia, dokuczał mi wrzód żołądka.  Ale wzięłam młodszą siostrę i poszłyśmy.  Po pierwsze zobaczyłam młodych ludzi, niesamowicie radosnych, życzliwych, którzy wznosili ręce w górę i wychwalali Jezusa. Jezusa?? Tego, którym ja tak gardziłam??  Emanowało z nich coś tak niezwykłego, że zaczęłam słuchać z wielką uwagą.  Usłyszałam bardzo wiele ciekawych rzeczy  o Jezusie.  Nie mówili   o słabym, malutkim dzieciątku, czy o martwym, wiszącym na krzyżu człowieku, ale o  nauczycielu, uzdrowicielu, cudotwórcy. To było nowe  w moich uszach.  Młodzi ludzie opowiadali, o tym jak Jezus zmienił ich życie. Kiedy usłyszałam słowa z Biblii : ” Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe. ” (2 Kor 5:17) – o jak bardzo zapragnęłam mieć nowe życie !

Kiedy padło wezwanie, wybiegłam na scenę: ” Tak chcę oddać życie Jezusowi !! Tak, chcę żyć dla niego !! ” – wszystko we mnie krzyczało.

Tego dnia poczułam jakby spadły ze mnie wielkie kamienie, ciężar win  zniknął. Byłam wolna jak ptak. Leciałam do domu jak na skrzydłach. W sercu pojawiła się wielka miłość do ludzi, do rodziców,  do rodzeństwa, do  wszystkich !  Jezus uzdrowił mnie z choroby  wrzodowej żołądka. Mogłam jeść wszystko bez bólu.   Kłamstwo prysnęło w jednej chwili. Wewnątrz przyszło wielkie pragnienie prawdy i miłość do niej.  W jednym dniu wszystko co złe  odeszło, stałam się nowym człowiekiem. Miałam wówczas 16,5 lat . Jezus znalazł mnie na początku mojej życiowej drogi. Jest wiernie ze mną 25 lat.  Uratował mnie i nadal ratuje.  Jest moim Panem i Zbawicielem i moim pragnieniem jest ,aby  tak było do końca moich dni.

Kolejny krok bliżej Indii

Bilety z Bangalore do Visakhapatnam – kupione.

Jakiś niepokój mnie naszedł, kiedy miałam bukować powrotny. Ostatnim razem  mieliśmy sporo niespodzianek z samolotami. Kupiłam o dzień wcześniejszy lot. Coś wykombinuję w Bangalore. Odwiedze kogoś, lub zwiedzę kawałek miasta. Zobaczymy.

Najważniejsze dla mnie to wrócić do moich dzieci.

Zgłosiłam się do tutejszej przychodni w związku ze szczepieniami przeciwko chorobom tropikalnym. Dobrze, że mam Międzynarodową Książeczkę Szczepień to będzie łatwo ustalić co mam teraz przyjąć. Wypada, że to będzie dur brzuszny- czekam na telefon od pielęgniarki.

A poza tym co nowego?

Dołączy do mnie Artur. Przyleci z Delhi na tydzień i będzie prowadził z dziećmi warsztaty klasycznego tańca indyjskiego – kathaku.

Tzn jak kupi bilet to przyleci…

Kilka dni temu prezydent Modi wprowadził reformę  walutową i wycofał nominały 500, 1000 rupi, zamieniając je na nowe 500, 2000 rupi.

Ot tak, z dnia na dzień.

Nowych banknotów brak.

Bankomaty, banki, punkty odbioru przekazów pieniężnych nie mają wystarczającej ilości nowych pieniędzy….

A Indie to duże państwo jest i dużo ludzi chce nowej kasy….

Jakiś miliard…..

Zaszufladkowano do kategorii Indie

Indie po raz czwarty

Dziś zabukowałam bilet na moją kolejną, czwartą podróż do Indii.  Tym razem startuję z Manchesteru do Bengalore i dalej do  Vishakhspatnam. Będę lecieć liniami Emirates, które zdążyłam polubić.

Tak dobrałam loty, abym były znośne. Nie lubię zbyt długich podniebnych wojaży.

Teraz czekają mnie 4 miesiące przygotowań.

Trzeba zakasać rękawy i brać jak najwięcej  nadgodzin.

Każdy grosz się przyda.

Zaszufladkowano do kategorii Indie