Dziewczynki-żony

Nie mogę spać. Patrzę raz, drugi i trzeci na zdjęcie małej Rani. Była najpiękniejszą dziewczynką w Nakkapalli. Tryskała radością, uwielbiała rysować i tańczyć. Nie  potrafiła mówić po angielsku, ale była między nami jakaś szczególna więź. Rani lubiła trzymać mnie za rękę i przytulać się do mnie. Jej oczy były jak dwa duże słoneczka, wielkie, bystre, promieniujące dziecięcym szczęszciem.

– Co u Rani? – zadaję pytanie Peterowi, jej bratu, z którym bardzo dawno nie rozmawiałam na czacie. ( imię zmienione)

– U Rani wszystko dobrze. Wyszła za mąż.

Zmroziło mnie. Przecież dopiero co była małą dziewczynką wybuchającą salwami śmiechu, tańczącą  „ Kaczuchy” i polskiego „ Grozika” na naszych warsztatach edukacyjnych.

– Ale przecież ona jest niepełnoletnia! Jak to wyszła za mąż?

– Tak, wyszła i ma już syna. – mówi Peter i przysyła mi zdjęcie dojrzałej kobiety ubranej w złociste sari, trzymającej papuśnego malucha na rękach.

Wbijam wzrok w to zdjęcie. Usiłuję wyczytać z niego jak najwięcej. Czy jest szczęśliwa, co myśli, co czuje?

– Peter, ale czy ona chciała wyjść za mąż?

– To rodzice zdecydowali. Jej mąż ma 25 lat. Zajmuje się hodowlą owiec. Nie mamy teraz finansowych problemów.

– Czyli zmusili ją do małżeństwa?

-…no można tak powiedzieć – Peter jakby się wahał z odpowiedzią, ale doceniam jego szczerość.

– A co z pozostałymi dziewczynkami, które przychodziły na nasze warsztaty?

– Też wyszły za mąż. Tak już u nas jest, że rodzice wydają za mąż swoje córki w wieku nastoletnim..

Wyrażam swoje oburzenie, mówię, że to przestępstwo, bo w Indiach, aby wyjść za mąż trzeba mieć ukończone 18 lat.

Ale uczucie jakie mnie ogarnia to bezsilność.

Człowiek jedzie pół świata z kagankiem oświaty do zapadłej indyjskiej wsi, inspiruje, zachęca, promuje rozwój, edukację, a lokalna społeczność będąca niewolnikiem swoich obyczajów i tradycji niszczy wszystko. Radość, marzenia, zgasi w zarodku, zdusi, zadepcze, stłamsi młode życie.

Wpatruję się w zdjęcie Rani – młodej mamy. Widzę w jej oczach skradzione dzieciństwo, przedwczesną dorosłość…. i patrzę na delikatnie odrastające kosmyki włosów na jej czole… młode kosmyki… dziecięce kosmyki… Rani jest wciąż dzieckiem.

– Peter, pozdrów Rani ode mnie i przekaż, że ją odwiedzę. Wszystkie dziewczynki odwiedzę!

I już wiem na sto procent, że pewnego dnia wrócę do Nakkapalli.

 

 

Chcesz pomagać w Indiach czy w Pakistanie? Przeczytaj to

Nie lubię udzielać porad. Zawsze czuję się za mało kompetentna. No, ale pięć lat działalności  dobroczynnej w Azji myślę, że daje mi jakieś pojęcie o tym co robić a czego nie robić podejmujac się pracy charytatywnej w tym rejonie świata.

Po pierwsze:  motywacja jest bardzo ważna,

Trzeba sobie zadać pytanie “dlaczego?” Dlaczego w ogóle się do tego zabieram. Następnie uczciwie sobie na nie odpowiedzieć. Jeśli nie wiemy dlaczego – lepiej dać sobie spokój już na samym początku. Nie ma sensu brnąć w coś do czego nie mamy przekonania.

Po drugie: nie pomagaj w ciemno

Facebook jest super miejscem do zapoznawania  nowych ludzi, ale nie można bazować tylko na nim kiedy chcemy zaangażować się w działania charytatywne. Sprawdź  ludzi, organizacje, najlepiej jak możesz. Popytaj, poszukaj w internecie, może jest jakiś feedback. Nie ignoruj ostrzeżeń, w tym rejonie świata jest mnóstwo naciagaczy.

No chyba, że nie dbasz o to czy Twoje pieniądze trafiają tam gdzie zostały przeznaczone, czy też są defraudowane. Jeśli nie obchodzi Cię to, to ok. Ale jeśli chcesz skutecznie dokonywać zmian na lepsze przez swoje darowizny, to sprawdzaj. Najmniejsze wątpliwości oznaczają, że ktoś coś kręci. Uczciwi ludzie odpowiedzą na wszystkie Twoje pytania, rozwieją wszystkie Twoje wątpliwoci, nie będą mieli niczego do ukrycia. Ci co kradną i kłamią, bedą Cię zwodzić i manipulować Tobą na wszelkie sposoby.

Po trzecie: współpracuj z zaufanymi osobami

I to jest NAJTRUDNIEJSZA rzecz – znaleźć w Indiach czy Pakistanie zaufanych ludzi.

Ja  nie potrafię współpracować z kimś do kogo nie mam zaufania. Jest takie powiedzenie, że aby kogoś poznać trzeba z nin zjeść beczkę soli.

Więc potrzeba na to czasu. Wszystko wychodzi “ w praniu”, czasem po latach!

Trudno znaleźć lokalnych społeczników, aktywistów, czystych pasjonatów którzy chcą w Indiach czy Pakistanie pomagać i zmieniać los innych na lepsze, bez czerpania z tego własnych korzyści. Nie ma  tam wolontariuszy, nie ma ludzi bezinteresownych – a jeśli takowych  znalazłeś, to znalazłeś skarb.

Po czwarte : poznaj kraj, ludzi, obyczaje, kulturę i potrzeby.

Nie uszczęśliwiaj nikogo na siłę jeśli tego nie chce. Nie forsuj swojej wizji świata. Pomagaj tam gdzie o tę pomoc proszą, Odpowiadaj na potrzeby, a nie narzucaj się ze swoimi pomysłami i ideami. Z drugiej strony nie bój się konfrontacji, różnic kulturowych, rozmawiaj i dyskutuj dużo. Ješli Twoje innowacje mogą przynieść progres, warto zachęcić lokalnych ludzi  do otwarcia się na nowe rozwiązania.

Po piąte: nie przejmuj się porażkami, działaj długofalowo.

Większość z nas lubi slyszeć o spektakularnych akcjach, cudownych zmianach, a tak naprawdę pomoc rozwojowa to regularne działania mniejsze i większe, które składają sie na stopniowe zmiany.  Często wydaje się, że efektów nie widać. Zobaczymy je dopiero po latach.

Nie ma znaczenia czy działasz prywatnie czy z ramienia jakiejś organizacji – działalność dobroczynna to bardzo szlachetna  sprawa, nie trać ducha.

Ja planuję następne dwadzieścia lat kontynuować pomoc rozwojową i humanitarną w Azji, a na emeryturze to po prostu chce się tam przeprowadzić 😀 😀

Oby Bóg dał zdrowie.

Pozdrawiam wszystkich ludzi dobrej woli! 🙂

Andhra Pradesh? Chyba zostanę ekologiem….

Mam nieustający  sentyment do stanu Andhra Pradesh w Indiach,  mimo że za każdym razem spotykają mnie tam  różne  negatywne doznania….Tym razem były ekstremalne.

Już pierwszego dnia, kiedy wszyscy spali pobiegłam na plażę w Visakhaoatnam.

O poranku kąpielą morską raczyły się tłumy mężczyzn. Kobiet nie było widać…. Cóż – mężczyźni w tym kraju to uprzywilejowany rodzaj ludzki…Mój wzrok od razu padł na walające się wszędzie kupy śmieci.

Zamiast delektować siè morską bryzą zaczęłam sprawdzać kosze na śmieci – były puste. Odpadki fruwały tu i tam, papiery wirowały w powietrzu, a morze wypluwało szmaty, zgniłe wieńce kwiatów itp itd.

Piasek był miejscami po prostu czarny, a to za przyczyną ścieków wpływających prosto do zatoki,  co paręnaście metrów…. ściek za ściekiem.

Hindusom jednak nie przeszkadzało to w niczym, nie ujmowało radości pluskania się w zanieczyszczonej wodzie…..

Tak więc już na samym początku mojej wycieczki zderzyłam się z prawdziwym obliczem  Indii – ignorancją wobec środowiska naturalnego.

Hindusi rzucają śmieci wszędzie – w domu na podłogę, za płot, na chodniki, na pobocza, na ulice, w lesie, na polu, na plaży, do rzeki, do oceanu – śmieci i ekstrementy są jak okiem sięgnąć.

Śmieci się zmiata na kupki. Od wczesnego ranka kobiety skrupulatnie omiatają swoje posesje. Poranek to szuranie miotły, tumany kurzu i piachu oraz swąd dymu. Śmieci się spala za murami ogrodzeń. Dym palonych śmieci to zapach Indii.

W dużych miastach ekipy sprzątające zaczynają swoją pracę też o świcie. Trąbienie pojazdów, szuranie mioteł, czasem śpiewy z pobliskich świątyń to odgłosy indyjskiego poranka.

Jest coraz więcej rządowych kampanii na rzecz sprzątania kraju. Ale złe nawyki, które tkwią w ludziach nie tak łatwo zmienić. Jedyna myśl, która mi przychodzi do głowy to edukacja. Zajęcia z ochrony środowiska od przedszkola poprzez cały okres obowiązku szkolnego. Niestety takich zajęć nie ma. Akcent położony jest na przyswajanie gigantycznych ilości zbędnej wiedzy z zakresu języka, religii, matematyki, fizyki itp, metodą pamięciową,  metodą rozwiązywania testów, – ważne są punkty. Uczniowie, którzy uzyskują najwyższe wyniki są uwieczniani na potężnych banerach, wystawianych na ulicach, do publicznej wiadomości.

Więc, nie jest ważne wspólne dobro kraju jakim jest naturalne środowisko, czy  praca zespołowa na rzecz poprawy życia wszystkich mieszkańców, tylko kult jednostek inteligentniejszych, lepiej urodzonych, bogatszych itd.

Zderzenie z tradycyjną indyjską mentalnością to kolejny problem..

Czasem wydaje się, że masz przed sobą jakiś otwarty umysł, ale po głębszej konwersacji okazuje się, że to kolejny twardogłowy.

Przywiązanie do tradycji, religii często jest silniejsze niż racjonalne myślenie.

Przebywając głównie w środowisku wiejskim, bardzo wyraźnie to mogłam zobaczyć.

Patriarchat ma cały czas wielką moc, a głos kobiet jest cichy, ledwo słyszalny, lub wcale.

Ukradkiem, kiedy mężczyźni są nieobecni poruszam drażliwe kwestie w rozmowach z kobietami.  Dotykam tematu szczęścia, pragnień i marzeń…otwierają swoje serca, zwierzają się, z lekkim strachem w oczach, aby mąż, starszy brat czy ojciec się o tym nie dowiedział…..

I to jest ten moment, kiedy łzy same napływają  mi do oczu….

Wiem, że pomimo tylu  wkurzających, nieprzyjemnych, frustrujących doznań znowu tam wrócę…

Dla nich. Dla indyjskich kobiet….

 

Zaszufladkowano do kategorii Indie

Indie w piątej odsłonie

Znowu leżę na swojej sofie z iPhonem w ręce. Wszystko jest takie samo jak było przed wyjazdem, jakby nic się nie wydarzyło, jakbym tak tutaj leżała cały czas…Otulam twarz szlafrokiem, ale nic to nie pomaga. Mój nos  jest lodowaty i tak będzie przez kolejne miesiące. Nie będę mogła zagrzać nosa… Dopiero w lipcu, albo w sierpniu słońce mocniej zaświeci.

Tak, w lipcu lub w sierpniu wezmę córy i pojadę gdzieś nad morze, lub w góry… byle odpocząć. Po prostu usiąść na trawie i spojrzeć w niebo….

W Indiach nie odpoczęłam. Wróciłam nawet bardziej zmęczona niż przedtem.

Po moich nieprzyjemnych doświadczeniach z hinduskimi działaczami organizacji charytatywnych w poprzednich latach,  postanowiłam, że dam sobie spokój z byciem „Matką Teresą”.

Indie? Teraz tylko turystycznie.

Owszem, w Rajapudi są bardzo uczciwi ludzie, więc jeśli jakaś działalność dobroczynna to tylko z nimi.

W tamtym roku postawiłam sobie za cel  udowodnienie, że w Andhra Pradesh można wspaniale wypocząć i cudownie spędzić urlop. Zachwycona i oślepiona, bagatelizując wszelkie wady tego pomysłu zachęcałam do spędzenia wakacji właśnie tu.

Chociaż, kiedy ponownie w ciągu całego roku przeglądalam nakręcone filmiki zdawałam sobie sprawę, że ściemniam, koloryzuję, nie pokazuję rzeczywistości takiej jaka jest.

Może to moja natura – widzieć zawsze jasną stronę medalu.

Prawda jest taka, że w tym roku dotarła do mnie pełna świadomości tego, że Andhra Pradesh nie jest miejscem na wypoczynek, urlop, wakacje. A jeśli nawet to trzeba się bardzo starać i uparcie szukać miejsc czystych, spokojnych, gdzie choć na moment można przycupnąć i się zrelaksować.

Moja fascynacja tym indyjskim stanem  przypomina  dziewczęce zauroczenie przystojnym chłopakiem. Widzisz młodego boga, same zalety, ideał, Po ślubie zaczynasz dostrzegać pewne wady, ale ciągle jeszcze idealizujesz . Z upływem lat widzisz już tylko same wady, żadnych zalet i stukasz się w czoło, że byłaś taka głupia, naiwna i ślepa.

W moim „romansie” z Andhra Pradesh doszłam właśnie do fazy, gdzie widzę prawie same wady.

Zanieczyszczenie środowiska do granic możliwości, smród obrzydliwy, wszędobylska globalizacja, wkurzający patriarchat, tępota hinduskiej mentalności….itd, itp Mogłabym przytaczać wiele epitetów.

Czy to czas, aby się rozstać?

Wciąż jednak wierzę w czyste plaże, w dziewiczą dżunglę, w ludzi dobrej woli….

Więc chyba nie do końca wszystko we mnie umarło…

Jeśli do Andhra Pradesh to kulturoznawczo, edukacyjnie, z jakimś celem, zadaniem, projektem, ale nie na wypoczynek, nie turystycznie.

STANOWCZO ODRADZAM!

No chyba, że ktoś się lubi zmęczyć, nawkurzać, naprzeklinać…. 🙂

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Indie

Balonowa misja 2018 – wnioski po wyprawie


Kolorowe balony należą już do tradycji naszych wypraw, więc zyskały one miano „ balonowych misji”.

– Sylka, one balloon please – to zdanie dzieciaczki znają wybornie i każdego dnia zasypywały mnie prośbami o jeszcze jeden balon.

Tak więc na pewno balonową misję będziemy kontynuować!

Tym razem zabieraliśmy dzieci na wycieczki: do kina, na plażę w Kakinadzie, do kokosowego regionu Andhra Pradesh – Konaseema, czy do parku rozrywki.

Uśmiechnięte buzie, okrzyki radości i zachwytu to największa nagroda. Wtedy wiesz, że warto było…

Artur Przybylski przeprowadził warsztaty tańca kathaku dla dziewcząt. Zainteresowanie było ogromne, a kilka uczennic było naprawdę utalentowanych.

Zakotwiczyliśmy w wiosce Rajapudi, gdyż spotkaliśmy tu naprawdę oddanych sprawie ludzi. Rodzina, z którą współpracujemy zawsze znaduje czas i serce dla tutejszych dzieci. Dzieci codziennie przychodzą do domu pastorostwa, układają klocki lego, rysują, tańczą, śpiewją. Prawie codziennie po południu pastor ze swoim synem ( który zarazem jest koordynatorem działań Fundacji) prowadzą różne zajęcia dla dzieci : sportowe, czytanie książek lub opowiadanie historyjek obrazkowych z książek, zabawy taneczne, śpiewanie piosenek itp.

Dzięki naszemu projektowi „Mleczny bawół” mogą pić dodatkową porcję mleka, a   raz w tygodniu ( czasem częściej) jest przygotowywany ciepły, pełnowartościowy posiłek.

Cieszę się, że mogłam tym razem trochę bliżej poznać rodziców dzieci.

Tylko dwóch chłopców jest pełnymi sierotami –  Danush i Vera Babu. Mieszkają w domu wdowy, która jest kucharką w kościele. Ma ona dwójkę swoich dzieci.  Fundacja pomoga comiesięcznym wsparciem finansowym kobiecie.

Jakie wnioski po wyprawie ?

Sytuacja dzieci nie jest zła, większość ma zaspokojone podstawowe potrzeby.

Dziedzina, w której  Fundacja może pomóc to edukacja.

Nauka języka angielskiego to nasz priorytet.

Dalej mamy też zamiar uzupełniać zbiory biblioteki dla dzieci, która spotkała się z ogromnym zainteresowaniem.

Na pewno Danush i Vera Babu potrzebują wsparcia – to zdolne chłopaki,  choć Vera Babu ma lekkie upośledzenie umysłowe, ale ma wielką smykałkę do elektroniki. Danush to urodzony tancerz, ma wielki talent taneczny i warto, aby go rozwijał.

Rajapudi nadal jest i będzie miejscem gdzie Fundacja Dzieci Orientu będzie chciała pomagać w tym i kolejnych latach.

 

 

 

 

Piękne święta

Takie jest życie. Z jednej strony słoneczko a z drugiej wichura. Jak w jednej dziedzinie się wiedzie to w innej się wali. Nie jest łatwo utrzymać się na powierzchni. Nawet dla wytrawnego pływaka. Życie to nieujarzmiony ocean.

Chyba trzeba przywyknąć.

2018 rok za pasem, 48 roczek mojego życia. I cóż to jest w porównaniu z wiecznością?!

A jednak wciąż czuję się jak smarkula. Jak ta 18 latka, która opuszczała dom rodzinny, aby udać się do dużego miasta „na swoje”.

Każde nowe wyzwanie w moim życiu przypomina mi tamten czas. To samo, powtarzające się wrażenie bycia rzuconą na głęboką wodę, gdzie trzeba nieźle się namachać, aby nie utonąć.

Przez całe życie czuję się jak młoda, niedoświadczona podlotka, która wszystko robi po raz pierwszy!

W pracy stawiają mi coraz to nowe wymagania, zmienił się bowiem menadżer.

Pierwsza myśl to uciec, iść tam gdzie jest łatwiej, gdzie jest milej, gdzie idzie jak po maśle. No ale druga myśl to żeby się nie poddawać i spróbować sprostać nowym wymaganiam.

A więc robię co potrafię, aby dać radę.

Na horyzoncie urlop w Indiach – no więc spinam tyłek.

Jeszcze niecałe trzy tygodnie i luz.

Chociaż trudno jest się tak całkiem wyluzować. Zawsze się myśli o rodzinie, dzieciach, jak sobie poradzą itd.

Będę dobrej myśli.

Trzeba być dobrej myśli.

Tego roku święta minęły nadzwyczaj miło, spokojnie i rodzinnie. Były piękne.

I dla takich chwil warto żyć. I tylko takie chwile wspominać.

 

Bilet do Delhi

Odświeżam stronę lotów już niemalże obsesyjnie. Koniec listopada a ceny wcale nie są takie złe. To nieprawda, że im wcześniej kupisz tym taniej. Ceny skaczą w dół lub w górę każdego dnia, niezależnie     od tego kiedy masz lecieć. Po prostu trzeba trafić na ten jeden jedyny, szczęśliwy moment. Moje konto jest wystarczająco na plusie, ale im taniej wystartujesz tym więcej środków masz na resztę wycieczki.

Ostatnio sama zwiedzałam turystyczne atrakcje Andhra Pradesh. Teraz chcę tam zabrać przynajmniej kilkoro dzieci z wioski.

Mam na to fundusze, które uzbierała ekipa KreAzji, mam bardzo dobrego koordynatora na miejscu, teraz muszę tylko dobrze finansowo wystartować.

***

– Kamil zaprasza nas do siebie. To jego urodziny – oznamił małżonek

– No to skoczmy po jakiś prezent dla niego – sugeruję, kiedy ruszamy naszym busem spod budynku domu opieki, w którym pracuję.

Kamil to nasz serdeczny sąsiad. Można na niego liczyć o każdej porze dnia i nocy.

Mąż wybrał na prezent linę do holowania samochodu i latarkę.

– Kupmy chociaż czekoladki! – oponuję, sięgając jeszcze po ozdobną torebkę na podarunek.

U Kamila i Oli zebrało się kilka polskich par. Żywiołowe córki  naszego sąsiada oraz  dwie inne, które przyszły w gości robiły taki raban jak cała klasa szkolna.

Pomiędzy rozmowami odświeżałam w moim telefonie stronę lotów do Delhi.

Zamrugałan powiekami. Czy ja dobrze widzę? Cena biletu spadła o 100 funtów w dół! Czyżby to z powodu „ Black Friday”?

Zerwałam się momentalnie, chwyciłam moją czerwoną kurtkę, rzuciłam jedno zdanie, na temat obniżki biletu po czym wybiegłam udając się do domu. Mieszkamy na równoległej ulicy więc w parę minut byłam już u siebie, dokonując jakże upragnionej transakcji.

Otrzymawszy potwierdzenie rezerwacji ogarnęło mnie tak bardzo wyczekiwane uczucie szczęścia. Błogostan. Gęba sama się śmiała.

Wróciłam na imprezę z przyklejonym uśmiechem  na twarzy. W tamtym momencie nic nie  mogło go zniweczyć.

– Kupiłaś?

-Tak – odparłam spokojnie, a w środku wszystko we mnie tańczyło…

Mam bilet do Delhi!!!

 

 

A jednak! Szarawary znów polecą


Dostałam je od Grashki. Przyniosła kiedyś, na próbę zespołu An Najma, takie różne orientalne ciuchy. Pozbywała się ich. I oto one!   Od razu wpadły mi w oko. Czerwone, wzorzyste, dwuwarstwowe, szerokie szarawary! Od pierwszego wejrzenia obdarzyłam je szczerym uczuciem przywiązania. Może nie nadawały się na scenę, ale na próbach tańcowało się w nich wybornie.

– Ubierasz się stylowo – komentowali Hindusi, kiedy po raz pierwszy zabrałam je do Indii.

Nie, ja nigdy się stylowo nie ubierałam. Nie mam pojęcia o modzie i nigdy mnie ona specjalnie nie interesowała.

Zawsze jednak sięgałam po  taką odzież, która sprawiała mi radochę, która była niepowtarzalna, jedyna w swojm rodzaju, która niosła w sobie jakieś przesłanie. Dlatego często może wyglądałam dziwacznie. Lubiłam ciuchy z „second handu”, z przeceny lub darmowe 🙂

I tak mi zostało do dziś. Szmaty, lumpy, fatałaszki – lubię pogrzebać w starociach, bo zawsze znajdę jakiś „ skarb”.

Który to już raz? Piąty! Piąty raz pakuję czerwone szarawary do plecaka. Tak, tak! Dobrze czytacie. Znów pakuję plecak! A co to znaczy? To znaczy, że złapałam pomyślne wiatry w żagle i kolejny raz nakierowałam  ster mojej życiowej „ łajby” na Indie! Huragany, które szalały nad moją głową przycichły. Niesie mnie ciepły prąd w stronę przecudnej kokosowej zatoki!

Dzięki Ci dobry Boże, mój Ojcze ❤️

Listopadowe słońce

– Możesz iść na górę – oznajmił mąż wychodząc do pracy. Wgramolilam się po schodach i rozłożyłam w szerokm łożu. Zamknęłam oczy. Sen mnie ogarnął na dobre. Nawet mi się śniło. Kolorowo, ale makabrycznie. Efekt  oglądania kryminałów i horrorów. Obudziła mnie jasność przebijająca przez drewniane rolety.

Zeszłam na dół, zaparzyłam kawę. Na dworze było słonecznie. Rozsiadłam się na wygodnym leżaku. Na niebie nie było ani jednej chmurki! Jak gdyby to był środek lata !

Słońce grzało cudnie. Skończyłam kawę i grzanki z masłem orzechowym oraz dżemem, doczytałam parę rozdziałów interesującej powieści, polskiej autorki. Lubię polskich pisarzy. Nie lubię książek tłumaczonych na język polski. Lubię naszych. W warringtonskiej bibliotece jest polska półka. Zawsze coś znajdę. Nie lubię książek banalnych, lub jakby żywcem wydrukowanych z bloga…lubię podziwiać kunszt literacki autora. To miło, że ludzie nadal piszą. Ludzie mieli i nadal mają talent. Talent do opowiadania historii – lubię słuchać, lubię czytać. To jest zawsze inspirujące.

Stanęłam w słońcu, podpierając gzyms. Rozkoszowałam się słonecznym ciepłem. Chciałam się porządnie wygrzać.

Tak bardzo tęsknię za Indiami….

Wiem, że w styczniu jednak nie polecę. Finansowo nie dam rady. Liczyłam, że nadgodzinami zarobię na wyjazd, a tutaj klops. NIkt mnie nie woła, nikt mnie nie potrzebuje. Nadgodzin nie mam. Nie mam więc na wyprawę.

Wysyłam podania o nową pracę dodatkową, ale to trwa. Nie tak hop siup.

Kilka dni temu pogrążałam się w smutku i depresji, że nie zobaczę Indii przez najbliższy czas…no ale nie można się szarpać ze sobą. Frustracja do niczego nie prowadzi. Dusi kreatywność.

Weekend wolny od pracy spędzam na godzeniu się ze sobą, godzeniu się z sytuacją, szukaniu dobrych stron życia,  takiego jakie mam. Tęsknota za orientem towarzyszy mi od dzieciństwa, jest ona stałym elementem mojej egzystencji. Kiedyś mówiłam, że to „zew krwi”, więc trudno. Potęsknię i może za rok się znowu uda.

Taką mam nadzieję…

Halloweenowe przemyślenia nad sensem trudzenia się

Halloween – najgłupsze święto na świecie, idiotyzm, a ja muszę brać w tym udział. Taką mam pracę – organizuję czas wolny, dostarczam rozrywki, kulturalnych atrakcji itp. Po dzisiejszym dniu zachciało mi się rzucić to wszystko. Obchodzenie Halloween kłóci się z moim sumieniem, a jednak biorę w tym udział. Ten wewnętrzny dysonans męczy. Zauważyłam, że robię tak wiele rzeczy, które są wbrew moim przekonaniom i zaczynam mieć tego dość.

Dzisiejsze, młode pokolenie nie ma problemu, żeby coś uciąć, zrezygnować, porzucić, przerwać. To wynik ciągłego używania Facebooka, Youtuba itp.

Nie trzeba być wytrwalym. Jak coś nie pasuje to można to usunąć.

Moja mama uczyła mnie, że jak coś zacznę to mam to doprowadzić do końca.

Więc męczyłam się z trudnymi życiowymi zadaniami, wyzwaniami itd

Dzisiejsze pokolenie idzie na łatwiznę. Po co się męczyć?

Jak coś jest za trudne to się to zostawia i szuka tego co lepiej idzie.

I wiecie co?

Zaczynam też tak myśleć…

Zmęczyły mnie trudy i przeszkody życia….

Oczywiście, wytrwałość jest cnotą, bezsprzecznie. Zawsze będę podziwiać ludzi wytrwałych do samego końca.

Ale ja wysiadam z tego wózka.

Spróbuję tak jak oni. Tylko to co łatwe i gładkie – to będę kontynuować.

Precz z waleniem głową w mur!

Co Wy na to?