A jednak! Szarawary znów polecą


Dostałam je od Grashki. Przyniosła kiedyś, na próbę zespołu An Najma, takie różne orientalne ciuchy. Pozbywała się ich. I oto one!   Od razu wpadły mi w oko. Czerwone, wzorzyste, dwuwarstwowe, szerokie szarawary! Od pierwszego wejrzenia obdarzyłam je szczerym uczuciem przywiązania. Może nie nadawały się na scenę, ale na próbach tańcowało się w nich wybornie.

– Ubierasz się stylowo – komentowali Hindusi, kiedy po raz pierwszy zabrałam je do Indii.

Nie, ja nigdy się stylowo nie ubierałam. Nie mam pojęcia o modzie i nigdy mnie ona specjalnie nie interesowała.

Zawsze jednak sięgałam po  taką odzież, która sprawiała mi radochę, która była niepowtarzalna, jedyna w swojm rodzaju, która niosła w sobie jakieś przesłanie. Dlatego często może wyglądałam dziwacznie. Lubiłam ciuchy z „second handu”, z przeceny lub darmowe 🙂

I tak mi zostało do dziś. Szmaty, lumpy, fatałaszki – lubię pogrzebać w starociach, bo zawsze znajdę jakiś „ skarb”.

Który to już raz? Piąty! Piąty raz pakuję czerwone szarawary do plecaka. Tak, tak! Dobrze czytacie. Znów pakuję plecak! A co to znaczy? To znaczy, że złapałam pomyślne wiatry w żagle i kolejny raz nakierowałam  ster mojej życiowej „ łajby” na Indie! Huragany, które szalały nad moją głową przycichły. Niesie mnie ciepły prąd w stronę przecudnej kokosowej zatoki!

Dzięki Ci dobry Boże, mój Ojcze ❤️