Listopadowe słońce

– Możesz iść na górę – oznajmił mąż wychodząc do pracy. Wgramolilam się po schodach i rozłożyłam w szerokm łożu. Zamknęłam oczy. Sen mnie ogarnął na dobre. Nawet mi się śniło. Kolorowo, ale makabrycznie. Efekt  oglądania kryminałów i horrorów. Obudziła mnie jasność przebijająca przez drewniane rolety.

Zeszłam na dół, zaparzyłam kawę. Na dworze było słonecznie. Rozsiadłam się na wygodnym leżaku. Na niebie nie było ani jednej chmurki! Jak gdyby to był środek lata !

Słońce grzało cudnie. Skończyłam kawę i grzanki z masłem orzechowym oraz dżemem, doczytałam parę rozdziałów interesującej powieści, polskiej autorki. Lubię polskich pisarzy. Nie lubię książek tłumaczonych na język polski. Lubię naszych. W warringtonskiej bibliotece jest polska półka. Zawsze coś znajdę. Nie lubię książek banalnych, lub jakby żywcem wydrukowanych z bloga…lubię podziwiać kunszt literacki autora. To miło, że ludzie nadal piszą. Ludzie mieli i nadal mają talent. Talent do opowiadania historii – lubię słuchać, lubię czytać. To jest zawsze inspirujące.

Stanęłam w słońcu, podpierając gzyms. Rozkoszowałam się słonecznym ciepłem. Chciałam się porządnie wygrzać.

Tak bardzo tęsknię za Indiami….

Wiem, że w styczniu jednak nie polecę. Finansowo nie dam rady. Liczyłam, że nadgodzinami zarobię na wyjazd, a tutaj klops. NIkt mnie nie woła, nikt mnie nie potrzebuje. Nadgodzin nie mam. Nie mam więc na wyprawę.

Wysyłam podania o nową pracę dodatkową, ale to trwa. Nie tak hop siup.

Kilka dni temu pogrążałam się w smutku i depresji, że nie zobaczę Indii przez najbliższy czas…no ale nie można się szarpać ze sobą. Frustracja do niczego nie prowadzi. Dusi kreatywność.

Weekend wolny od pracy spędzam na godzeniu się ze sobą, godzeniu się z sytuacją, szukaniu dobrych stron życia,  takiego jakie mam. Tęsknota za orientem towarzyszy mi od dzieciństwa, jest ona stałym elementem mojej egzystencji. Kiedyś mówiłam, że to „zew krwi”, więc trudno. Potęsknię i może za rok się znowu uda.

Taką mam nadzieję…