Bilet do Delhi

Odświeżam stronę lotów już niemalże obsesyjnie. Koniec listopada a ceny wcale nie są takie złe. To nieprawda, że im wcześniej kupisz tym taniej. Ceny skaczą w dół lub w górę każdego dnia, niezależnie     od tego kiedy masz lecieć. Po prostu trzeba trafić na ten jeden jedyny, szczęśliwy moment. Moje konto jest wystarczająco na plusie, ale im taniej wystartujesz tym więcej środków masz na resztę wycieczki.

Ostatnio sama zwiedzałam turystyczne atrakcje Andhra Pradesh. Teraz chcę tam zabrać przynajmniej kilkoro dzieci z wioski.

Mam na to fundusze, które uzbierała ekipa KreAzji, mam bardzo dobrego koordynatora na miejscu, teraz muszę tylko dobrze finansowo wystartować.

***

– Kamil zaprasza nas do siebie. To jego urodziny – oznamił małżonek

– No to skoczmy po jakiś prezent dla niego – sugeruję, kiedy ruszamy naszym busem spod budynku domu opieki, w którym pracuję.

Kamil to nasz serdeczny sąsiad. Można na niego liczyć o każdej porze dnia i nocy.

Mąż wybrał na prezent linę do holowania samochodu i latarkę.

– Kupmy chociaż czekoladki! – oponuję, sięgając jeszcze po ozdobną torebkę na podarunek.

U Kamila i Oli zebrało się kilka polskich par. Żywiołowe córki  naszego sąsiada oraz  dwie inne, które przyszły w gości robiły taki raban jak cała klasa szkolna.

Pomiędzy rozmowami odświeżałam w moim telefonie stronę lotów do Delhi.

Zamrugałan powiekami. Czy ja dobrze widzę? Cena biletu spadła o 100 funtów w dół! Czyżby to z powodu „ Black Friday”?

Zerwałam się momentalnie, chwyciłam moją czerwoną kurtkę, rzuciłam jedno zdanie, na temat obniżki biletu po czym wybiegłam udając się do domu. Mieszkamy na równoległej ulicy więc w parę minut byłam już u siebie, dokonując jakże upragnionej transakcji.

Otrzymawszy potwierdzenie rezerwacji ogarnęło mnie tak bardzo wyczekiwane uczucie szczęścia. Błogostan. Gęba sama się śmiała.

Wróciłam na imprezę z przyklejonym uśmiechem  na twarzy. W tamtym momencie nic nie  mogło go zniweczyć.

– Kupiłaś?

-Tak – odparłam spokojnie, a w środku wszystko we mnie tańczyło…

Mam bilet do Delhi!!!

 

 

A jednak! Szarawary znów polecą


Dostałam je od Grashki. Przyniosła kiedyś, na próbę zespołu An Najma, takie różne orientalne ciuchy. Pozbywała się ich. I oto one!   Od razu wpadły mi w oko. Czerwone, wzorzyste, dwuwarstwowe, szerokie szarawary! Od pierwszego wejrzenia obdarzyłam je szczerym uczuciem przywiązania. Może nie nadawały się na scenę, ale na próbach tańcowało się w nich wybornie.

– Ubierasz się stylowo – komentowali Hindusi, kiedy po raz pierwszy zabrałam je do Indii.

Nie, ja nigdy się stylowo nie ubierałam. Nie mam pojęcia o modzie i nigdy mnie ona specjalnie nie interesowała.

Zawsze jednak sięgałam po  taką odzież, która sprawiała mi radochę, która była niepowtarzalna, jedyna w swojm rodzaju, która niosła w sobie jakieś przesłanie. Dlatego często może wyglądałam dziwacznie. Lubiłam ciuchy z „second handu”, z przeceny lub darmowe 🙂

I tak mi zostało do dziś. Szmaty, lumpy, fatałaszki – lubię pogrzebać w starociach, bo zawsze znajdę jakiś „ skarb”.

Który to już raz? Piąty! Piąty raz pakuję czerwone szarawary do plecaka. Tak, tak! Dobrze czytacie. Znów pakuję plecak! A co to znaczy? To znaczy, że złapałam pomyślne wiatry w żagle i kolejny raz nakierowałam  ster mojej życiowej „ łajby” na Indie! Huragany, które szalały nad moją głową przycichły. Niesie mnie ciepły prąd w stronę przecudnej kokosowej zatoki!

Dzięki Ci dobry Boże, mój Ojcze ❤️

Listopadowe słońce

– Możesz iść na górę – oznajmił mąż wychodząc do pracy. Wgramolilam się po schodach i rozłożyłam w szerokm łożu. Zamknęłam oczy. Sen mnie ogarnął na dobre. Nawet mi się śniło. Kolorowo, ale makabrycznie. Efekt  oglądania kryminałów i horrorów. Obudziła mnie jasność przebijająca przez drewniane rolety.

Zeszłam na dół, zaparzyłam kawę. Na dworze było słonecznie. Rozsiadłam się na wygodnym leżaku. Na niebie nie było ani jednej chmurki! Jak gdyby to był środek lata !

Słońce grzało cudnie. Skończyłam kawę i grzanki z masłem orzechowym oraz dżemem, doczytałam parę rozdziałów interesującej powieści, polskiej autorki. Lubię polskich pisarzy. Nie lubię książek tłumaczonych na język polski. Lubię naszych. W warringtonskiej bibliotece jest polska półka. Zawsze coś znajdę. Nie lubię książek banalnych, lub jakby żywcem wydrukowanych z bloga…lubię podziwiać kunszt literacki autora. To miło, że ludzie nadal piszą. Ludzie mieli i nadal mają talent. Talent do opowiadania historii – lubię słuchać, lubię czytać. To jest zawsze inspirujące.

Stanęłam w słońcu, podpierając gzyms. Rozkoszowałam się słonecznym ciepłem. Chciałam się porządnie wygrzać.

Tak bardzo tęsknię za Indiami….

Wiem, że w styczniu jednak nie polecę. Finansowo nie dam rady. Liczyłam, że nadgodzinami zarobię na wyjazd, a tutaj klops. NIkt mnie nie woła, nikt mnie nie potrzebuje. Nadgodzin nie mam. Nie mam więc na wyprawę.

Wysyłam podania o nową pracę dodatkową, ale to trwa. Nie tak hop siup.

Kilka dni temu pogrążałam się w smutku i depresji, że nie zobaczę Indii przez najbliższy czas…no ale nie można się szarpać ze sobą. Frustracja do niczego nie prowadzi. Dusi kreatywność.

Weekend wolny od pracy spędzam na godzeniu się ze sobą, godzeniu się z sytuacją, szukaniu dobrych stron życia,  takiego jakie mam. Tęsknota za orientem towarzyszy mi od dzieciństwa, jest ona stałym elementem mojej egzystencji. Kiedyś mówiłam, że to „zew krwi”, więc trudno. Potęsknię i może za rok się znowu uda.

Taką mam nadzieję…

Halloweenowe przemyślenia nad sensem trudzenia się

Halloween – najgłupsze święto na świecie, idiotyzm, a ja muszę brać w tym udział. Taką mam pracę – organizuję czas wolny, dostarczam rozrywki, kulturalnych atrakcji itp. Po dzisiejszym dniu zachciało mi się rzucić to wszystko. Obchodzenie Halloween kłóci się z moim sumieniem, a jednak biorę w tym udział. Ten wewnętrzny dysonans męczy. Zauważyłam, że robię tak wiele rzeczy, które są wbrew moim przekonaniom i zaczynam mieć tego dość.

Dzisiejsze, młode pokolenie nie ma problemu, żeby coś uciąć, zrezygnować, porzucić, przerwać. To wynik ciągłego używania Facebooka, Youtuba itp.

Nie trzeba być wytrwalym. Jak coś nie pasuje to można to usunąć.

Moja mama uczyła mnie, że jak coś zacznę to mam to doprowadzić do końca.

Więc męczyłam się z trudnymi życiowymi zadaniami, wyzwaniami itd

Dzisiejsze pokolenie idzie na łatwiznę. Po co się męczyć?

Jak coś jest za trudne to się to zostawia i szuka tego co lepiej idzie.

I wiecie co?

Zaczynam też tak myśleć…

Zmęczyły mnie trudy i przeszkody życia….

Oczywiście, wytrwałość jest cnotą, bezsprzecznie. Zawsze będę podziwiać ludzi wytrwałych do samego końca.

Ale ja wysiadam z tego wózka.

Spróbuję tak jak oni. Tylko to co łatwe i gładkie – to będę kontynuować.

Precz z waleniem głową w mur!

Co Wy na to?

 

 

Nic nie mogę zaplanować!

Ostatnie dwa miesiące obfitowały w różne sytuacje, okoliczności, nagłe zwroty biegu życiowych zdarzeń itp, że stwierdziłam iż niczego nie mogę zaplanować!
Nic nie wychodzi tak jak liczyłam. Nic nie jest pewne. Nawet nie chodzi czy to  są złe czy dobre wydarzenia. Zaskakuje mnie po prostu to, że nic nie idzie po mojej myśli. Jakby pojazd sam jechał gdzie chce, pomimo że usilnie staram się nim kierować.
Szczególnie w odniesieniu do działań mojej fundacji – wszystko umyka, wyślizguje się.
Mój styczniowy wyjazd do Indii też jest pod wielkim znakiem zapytania.
Ale może to dobrze. Może muszę stanąć obok, podrapać się w głowę i zatrzymać na chwilę, aby wyciągnąć wnioski.
Nie lubię uchodzić za osobę niesłowną i niewiarygodną, a niestety takie ostatnio sprawiam wrażenie.
Nic z tego co mówię innym, że zamierzam zrobić – nie wychodzi!
I to nie z mojej winy.
Po prostu okoliczności tak bardzo przeszkadzają w realizacji zamierzeń.
No nic, tragedii żadnej nie ma.
Widocznie tak czasem w życiu bywa.

Mam bzika jak stąd do równika!

Orientalnie zakręcona – zakręcona na punkcie Indii, a dokładniej na punkcie jednego stanu – Andhra Pradesh.
Odkąd w lutym wróciłam z mojej czwartej podróży nie ma dnia, abym nie myślała o ludziach, miejscach i wydarzeniach z drugiego krańca świata.
Znasz ten stan? Czy jest coś takiego w Twoim życiu o czym bez końca rozmyślasz?
W każdym bądź razie na horyzoncie pojawia się kolejna wyprawa.
Tym razem będzie hip-hopowo- street dancowo.
Zabieram Joe Price – instruktora i choreografa z Manchesteru, który z przyjemnością poprowadzi warsztaty taneczne dla dzieci w Rajapudi.
Kto jeszcze poleci? Oto jest pytanie. Wycieczka trwa aż trzy tygodnie, trzeba mieć trochę grosza na ten cel, no i jedziemy w niepopularne miejsca, wiejskie tereny, dzicz, z dala od cywilizacji.
Wyprawa tylko dla koneserów, więc wzięcia nie ma.
Ale nie szkodzi.
Nawet jeśli będę tylko ja i Joe, to i tak będzie git. Tamtejsze dzieci  na  pewno wiele wyniosą.
Raczej nie będzie im dane w życiu polecieć do Europy, do Anglii, do Manchesteru i pójść na warsztaty taneczne z prawdziwego zdarzenia.
To właśnie mnie nakręca – jeśli coś wydaje się niemożliwe, zrobić tak aby to się stało możliwe, środkami jakimi się dysponuje.
Rozumiecie?
Jeśli nie, to nieszkodzi.
Poluję teraz na najtańszy bilet, dam Wan znać jak coś się trafi.

Możecie zostać patronami tych warsztatów.

Wystarczy wbić na: www.patronite.pl/sylkarayska

Dzięki!

Jestem pracownikiem kulturalno-oświatowym

Język polski jest naprawdę skomplikowany. Pracownik kulturalno-oświatowy – ta nazwa została wymyślona za czasów PRL-u. O wiele prostsza jest angielska nazwa: activities coordinator. Czyli osoba organizująca i przeprowadzająca przeróżne zajęcia. W Polsce  funkcjonuje też nazwa: animator czasu wolnego – też dziwaczna uważam.

Lubię angielskie słowo : activities – aktywności, zajęcia.

Bo każdy człowiek ma swoje określone zainteresowania, pasje, hobby.

I to jest to  co nas nakręca!

Kiedy podstawowe potrzeby są zaspokojone każdy z nas ma te wtórne, tzw dla duszy .

Jeden lubi muzykę, taniec , sport, inny podróże,  inny dom, ogród, jeszcze inny filmy, teatr, muzea – mogłabym wyliczać bez końca.

Od miesiąca pracuję w domu  opieki jako taki pracownik kulturalno-oświatowy.

I to jest to! Jestem na właściwej ścieżce. Organizowanie czasu wolnego, aktywizowanie podopiecznych sprawia mi wiele radości. Pomimo podeszłego wieku i wielu ograniczeń spowodowanych kondycją psychofizyczną ( większość to osoby z demencją) – mieszkańcy potrafią przeżywać radość, szczęście, entuzjazm , i tego staram się in dostarczać każdego dnia.

Gdybym nie miała natury nomada i duszy żądnej nowych przygód to byłaby to praca idealna.

Ale już dziś wiem, że to nie jest moje ostatnie słowo.

Teraz nabieram nowych doświadczeń, ale już patrzę w przyszłość.

Czy jest coś takiego jak idealna praca? Zgodna z twoimi pasjami, zamiłowaniami, charakterem , wykształceniem i jeszcze dobrze płatna?

Taką chcę!!!

 

 

Bloguję więc jestem!

Nareszcie mogę napisać parę słów na moim blogu! Ostatni wpis był w styczniu. Przed moim wylotem do Indii!

Pół roku minęło, aż udało się naprawić usterkę 😉

Nie, nie będę opisywać wydarzeń z ostatnich miesięcy. Może  w kolejnych artykułach ukażą się pewne reminiscencje.

Jeśli chodzi o Indie – wyprawa była fantastyczna. Zwiedziłam więcej niż w poprzednich latach. Warsztaty  tańca kathaku, które  przeprowadziła Artur Przybylski wypadły doskonale.

Zdjęcia i filmiki można obejrzeć tutaj 

Teraz mamy sierpień. Już przygotowuję kolejną wyprawę do Indii!

Tym razem z terenu UK. Także tutaj otwieram oddział mojej Fundacji.

Trąbi się o Brexicie, a my się w Warrington zadomowiliśmy .

Mam pracę, którą bardzo lubię. Śpiewam, gram, tańczę, bawię się i tworzę razem z osobami starszymi cierpiącymi na demencję. Wielką nagrodą jest widzieć ich uśmiechnięte twarze, szczerą radość i zadowolenie.

Jestem pracownikiem kulturalno-oświatowym. Idealna praca dla mnie!

Zmieniłam dietę – nareszcie. Warzywa i owoce – banalne? Tak, tylko tym się  żywię i jest mi tak dobrze! Nie wiedziałam, że samopoczucie tak bardzo zależy od tego co spożywamy 🙂

Dzisiaj króciutko, bo lecę na film.

Taki mamy małżeński, codzienny rytuał – oglądanie filmów.

To by było na tyle.

Wpadajcie tu, zaglądajcie i czytajcie.

Dzięki!

Co to jest Christmas party w UK?

Christmas w Wielkiej Brytanii nie ma nic wspólnego z Bożym Narodzeniem. Na ulicach widzisz dekoracje czerwono-zielone, świecidełka, lampki, pozdrawiają cię bajkowe postacie, ludzie ogarnięci są szałem przedświatecznych zakupów. A co kupują? Niepotrzebne prezenty,  Gdyby ktoś zapytal o co chodzi? Niewiadomo. O miłą atmosferę i wręczanie prezentów, to taka tradycja- mówią , itp…..Kiedy wtrącam swoje trzy grosze stwierdzając, że to święto powstało z okazji urodzin Jezusa Chrystusa – patrzą na mnie milcząco jak na dziwaka.

Tylko w kościołach można usłyszeć o tym, że „słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami”. Dlatego wpadam to tu to tam, aby posłuchać dobrej nowiny o Jezusie Mesjaszu.

Na ulicach nigdzie nie zobaczysz nawet najmniejszego znaku, że to o narodziny Jezusa chodzi. W księgarniach, sklepach z kartkami – tysiące christmasowych pozdrowień, życzeń, a jeśli chcesz kupić kartkę Bożonarodzeniową to na palcach jednej ręki można policzyć ilość sztuk jakie uda Ci się znaleźć w całym mieście….

A co to takiego Christmas party? Doświadczyłam tego w tym roku. Wiedziałam wcześniej, że Anglicy spotykają się w grudniu na mocno zakrapianych, alkoholowych imprezach. Ni jak mi to pasowało do Bożego Narodzenia.  W karnawale – owszem. Ale przed Bożym Narodzeniem?

No, ale jeśli dla nich Christmas to święto radosne, święto obdarowywania innych prezentami, nie mające nic wspólnego z żadną religią, no to dlaczego nie bawić się na całego?

Nasza sekcja Krav Magi organizowała takie przyjęcie. Instruktor zaprasza – no to czemu nie pójść. Wyobrażałam sobie miłe spotkanie, przy jednym czy dwóch drinkach z kolegami, z którymi w tygodniu spotykamy się na macie czy ringu. Nastawiona byłam na fajny czas, który upłynie na rozmowach, żartach. Ot, by bliżej poznać z kim ma się do czynienia.

Pierwsze moje zetknięcie się z miejscem, w którym obdywało się spotkanie wywołało we mnie lekki  szok. Tłum ludzi, ściśniętych jak sardynki, ze szklankami pełnymi piwa i innych trunków, muzyka tak głośna, że własnych myśli nie słyszysz…cofnęłam się. Przyszło kilku kolegów i instruktor, który na moje pytanie „dlaczego wybrał to miejsce”, zapewniał – ” bo jest dobre!”.

Zuza, która pochodzi ze Słowacji miała na twarzy bolesny grymas i wytrzymała tylko półtorej godzinki.

Przez całą imprezę staliśmy, krzyczeliśmy sobie do ucha, popijaliśmy to co zafundował instruktor i tak też robiło kilkaset innych osób Miejsc nie było, muzyka grała, nikt nie tańczył…..W angielskim Christms party chodzi o to, aby pić do upadłego….

Bez sensu dla mnie. Ale co kraj to obyczaj.

Niemniej nie żałuję, bo doświadczyłam czegoś nowego, zrozumiałam Anglików troszkę bardziej. I stanowczo wolę polskie prywatki w gronie dobrych znajomych. Pośpiewać lubimy, potańczyć. Ot, taka nasza słowiańska krew.

LIFE church Warrington

Przewracam się z boku na bok. Jeszcze trochę pospać, jeszcze trochę podrzemać. W końcu jest niedziela. Rzadko kiedy mogę się wybyczyć w łóżku.

No, ale nie ma co. Czas narzucić coś na siebie i ruszyć do Thomas Botler High School w Latchford. To pięć minut rowerkiem ode mnie, więc już nie będę się ociągać.

Już dwa lata temu słyszałam o kościele LIFE w Warrington, ale dopiero ostatnio dotarło do mnie, że jest tak blisko mojego domu.

A ja lubię jak coś jest blisko.

Docieram na miejsce. Całe rodziny kierują się do wejścia, więc zgaduję, że to własnie tu.

Przed budynkime wita mnie krępy, ale sympatyczny mężczyzna przedstawiając się jako Lukas. Przedstawiam się również i  po chwili zanurzam się we wnętrzu budynku szkolnego.

W dużej auli już czeka zgromadzony tłum. Kobiety z wózkami, dzieci małe,duże, nastolatki, mężczyźni w dojrzałym wieku, osoby starsze – jednym słowem przekrój społeczeństwa.

Zaczyna się śpiew i muzyka. Od pierwszysch taktów buzia mi się śmieje. Jest dobrze! Nareszcie miejsce, gdzie nie przynudzają!

Muzyka jest tak dobra, że chce się podskakiwać i tańczyć. Mam ochotę wyjść na tył sali i bardziej się poruszać, ale powstrzymuję się. W końcu jestem tu pierwszy raz.

Następują modlitwy, dziękczynienia i na środek wychodzi mówca. Przedstawia się jako pastor, który służy z żoną w Monako. Opowiada w humorystyczny sposób. W pewnym momencie porównuje zachowania ludzi do bellydancerki na emeryturze, stwierdzając, że pewnie na sali jest emerytowana belydancerka.

Ludzi ogarnia śmiech, a ja już macham  do niego ręką.

Po spotkaniu podbiega do mnie Lukas – okazuje się, że jest pastorem w tym kościele. Na co ja mówię, że jestem tą emerytowaną bellydancerką. Chociaż, prawda jest taka, że bellydancerki niegdy nie odchodzą na emeryturę, tańczą do końca swoich dni.

Lukas tak się ucieszył, kiedy dowiedział się iż jestem tu pierwszy raz, że postanowił mi sprawić prezent.

Akurat lider grupy muzycznej sprzedawał swoją płytę za 6 funtów.

-To ja biegnę kupić Ci to CD!

Po chwili wrócił wręczając mi upominek.

Uśmiech nie odstępowal  z mojej twarzy już do końca.

Lukas ujął mnie swoją postawą, pasją i serdecznością.

Atmosfera w tym miejscu jest fantastyczna.

Chce mi się tutaj wrócić jeszcze raz.