Bilet do Delhi

Odświeżam stronę lotów już niemalże obsesyjnie. Koniec listopada a ceny wcale nie są takie złe. To nieprawda, że im wcześniej kupisz tym taniej. Ceny skaczą w dół lub w górę każdego dnia, niezależnie     od tego kiedy masz lecieć. Po prostu trzeba trafić na ten jeden jedyny, szczęśliwy moment. Moje konto jest wystarczająco na plusie, ale im taniej wystartujesz tym więcej środków masz na resztę wycieczki.

Ostatnio sama zwiedzałam turystyczne atrakcje Andhra Pradesh. Teraz chcę tam zabrać przynajmniej kilkoro dzieci z wioski.

Mam na to fundusze, które uzbierała ekipa KreAzji, mam bardzo dobrego koordynatora na miejscu, teraz muszę tylko dobrze finansowo wystartować.

***

– Kamil zaprasza nas do siebie. To jego urodziny – oznamił małżonek

– No to skoczmy po jakiś prezent dla niego – sugeruję, kiedy ruszamy naszym busem spod budynku domu opieki, w którym pracuję.

Kamil to nasz serdeczny sąsiad. Można na niego liczyć o każdej porze dnia i nocy.

Mąż wybrał na prezent linę do holowania samochodu i latarkę.

– Kupmy chociaż czekoladki! – oponuję, sięgając jeszcze po ozdobną torebkę na podarunek.

U Kamila i Oli zebrało się kilka polskich par. Żywiołowe córki  naszego sąsiada oraz  dwie inne, które przyszły w gości robiły taki raban jak cała klasa szkolna.

Pomiędzy rozmowami odświeżałam w moim telefonie stronę lotów do Delhi.

Zamrugałan powiekami. Czy ja dobrze widzę? Cena biletu spadła o 100 funtów w dół! Czyżby to z powodu „ Black Friday”?

Zerwałam się momentalnie, chwyciłam moją czerwoną kurtkę, rzuciłam jedno zdanie, na temat obniżki biletu po czym wybiegłam udając się do domu. Mieszkamy na równoległej ulicy więc w parę minut byłam już u siebie, dokonując jakże upragnionej transakcji.

Otrzymawszy potwierdzenie rezerwacji ogarnęło mnie tak bardzo wyczekiwane uczucie szczęścia. Błogostan. Gęba sama się śmiała.

Wróciłam na imprezę z przyklejonym uśmiechem  na twarzy. W tamtym momencie nic nie  mogło go zniweczyć.

– Kupiłaś?

-Tak – odparłam spokojnie, a w środku wszystko we mnie tańczyło…

Mam bilet do Delhi!!!

 

 

A jednak! Szarawary znów polecą


Dostałam je od Grashki. Przyniosła kiedyś, na próbę zespołu An Najma, takie różne orientalne ciuchy. Pozbywała się ich. I oto one!   Od razu wpadły mi w oko. Czerwone, wzorzyste, dwuwarstwowe, szerokie szarawary! Od pierwszego wejrzenia obdarzyłam je szczerym uczuciem przywiązania. Może nie nadawały się na scenę, ale na próbach tańcowało się w nich wybornie.

– Ubierasz się stylowo – komentowali Hindusi, kiedy po raz pierwszy zabrałam je do Indii.

Nie, ja nigdy się stylowo nie ubierałam. Nie mam pojęcia o modzie i nigdy mnie ona specjalnie nie interesowała.

Zawsze jednak sięgałam po  taką odzież, która sprawiała mi radochę, która była niepowtarzalna, jedyna w swojm rodzaju, która niosła w sobie jakieś przesłanie. Dlatego często może wyglądałam dziwacznie. Lubiłam ciuchy z „second handu”, z przeceny lub darmowe 🙂

I tak mi zostało do dziś. Szmaty, lumpy, fatałaszki – lubię pogrzebać w starociach, bo zawsze znajdę jakiś „ skarb”.

Który to już raz? Piąty! Piąty raz pakuję czerwone szarawary do plecaka. Tak, tak! Dobrze czytacie. Znów pakuję plecak! A co to znaczy? To znaczy, że złapałam pomyślne wiatry w żagle i kolejny raz nakierowałam  ster mojej życiowej „ łajby” na Indie! Huragany, które szalały nad moją głową przycichły. Niesie mnie ciepły prąd w stronę przecudnej kokosowej zatoki!

Dzięki Ci dobry Boże, mój Ojcze ❤️

Ostania prosta – pakowanie

Wizę do Indii załatwia się teraz zupełnie inaczej. Formularz trzeba wypełnić  online, dodać skan zdjęcia i paszportu, zapłacić kartą i poczekać. Ja czekałam tylko kilkanaście godzin i otrzymałam maila, że moje podanie o wizę zostało pozytywnie rozpatrzone. Przed wylotem trzeba wydrukować potwierdzenie i okazać na lotnisku w Indiach – tym razem ląduję w Bengalore.

Tymczasem  jestem na ostaniej  prostej – pakuję torbę podróżną.

Wybrałam Air Asia z Bengalore do Visakhapatnam i mogę mieć bagaż do 32 kg. Bardzo się cieszę, gdyż do tej pory latałam liniami, gdzie był limit 20 lub 15 kilo na linie krajowe.

Wiem….mam wiecej niż dwa tygodnie, a już się pakuję…. Tak już mam. Zawsze muszę się dobrze przygotować i nie cierpię robienia wszystkiego  na ostatnią chwilę.

Kiedy bukowałam bilety powrotne, to kupiłam lot o 24 godziny wcześiejszy, czyli zamiast 13-go wylatywać, to wylatuję 12-go….no ale już zmieniono godziny przylotu do Bengalore więc będę czekać tylko 20 godzin. 😉 😉

No bo nie sztuką jest  polecieć na urlop, ale sztuką jest z tego urlopu cało wrócić. 😀 😀

Zaszufladkowano do kategorii Indie

Szczepienia przed wyjazdem do Indii – jak to wygląda w UK?

Szczepienia są dobrowolne. Trzeba zgłosić się do swojej przychodni, wypełnić formularz i czekać na telefon od pielęgniarki. Moja zadzwoniła raz. Nie mogłam odebrać, a ona więcej się nie odezwała. Musiałam więc sama pofatygować się do lecznicy, aby przypomnieć w recepcji o swoich szczepieniach. Umówiono mnie na następny dzień. Myślałam, że tylko na rozmowę itp. Wzięłam swoją książeczkę tropikalnych szczepień. Pani skserowała sobie istotną stronę , po czym zasugerowała, że dobrze byłoby zaszczepić się przeciw polio i durowi brzusznemu.

-Teraz?

-Tak – stwierdziła lekko zdziwionym tonem otwierając szafkę i wyciągajac dwa różne pudełeczka ze szczepionkami

– A ile to będzie kosztować?

– Nic

– A mogę tak przyjąć te szczepienia, bez wcześniejszych badań lekarskich?

– Jak się pani źle czuje, może przyjść kiedy indziej

Nie czułam się źle, troszkę pociągałam nosem, ale raczej w porządku. Obawiałam się czy te dwie szczepionki to nie za dużo jak na jeden raz, czy będę mogła jutro pracować itp itd. Pani cały czas grzecznie odpowiadała na moje pytania, ale minę miała lekko zdziwioną i zniecierpliwioną. Może nikt inny jej pytań nie zadaje, tylko ja?

Bach, bach i już po szczepieniu.

Czuję się super!

Rożnica jest taka, że w Polsce trzeba za nie słono płacić, tutaj są za darmo, no i nikt nie przejmuje się zaświadczeniem lekarskim  o dobrym stanie zdrowia, ważnym przez dwadzieścia cztery godziny…Joł!

Zaszufladkowano do kategorii Indie

Kolejny krok bliżej Indii

Bilety z Bangalore do Visakhapatnam – kupione.

Jakiś niepokój mnie naszedł, kiedy miałam bukować powrotny. Ostatnim razem  mieliśmy sporo niespodzianek z samolotami. Kupiłam o dzień wcześniejszy lot. Coś wykombinuję w Bangalore. Odwiedze kogoś, lub zwiedzę kawałek miasta. Zobaczymy.

Najważniejsze dla mnie to wrócić do moich dzieci.

Zgłosiłam się do tutejszej przychodni w związku ze szczepieniami przeciwko chorobom tropikalnym. Dobrze, że mam Międzynarodową Książeczkę Szczepień to będzie łatwo ustalić co mam teraz przyjąć. Wypada, że to będzie dur brzuszny- czekam na telefon od pielęgniarki.

A poza tym co nowego?

Dołączy do mnie Artur. Przyleci z Delhi na tydzień i będzie prowadził z dziećmi warsztaty klasycznego tańca indyjskiego – kathaku.

Tzn jak kupi bilet to przyleci…

Kilka dni temu prezydent Modi wprowadził reformę  walutową i wycofał nominały 500, 1000 rupi, zamieniając je na nowe 500, 2000 rupi.

Ot tak, z dnia na dzień.

Nowych banknotów brak.

Bankomaty, banki, punkty odbioru przekazów pieniężnych nie mają wystarczającej ilości nowych pieniędzy….

A Indie to duże państwo jest i dużo ludzi chce nowej kasy….

Jakiś miliard…..

Zaszufladkowano do kategorii Indie

Indie po raz czwarty

Dziś zabukowałam bilet na moją kolejną, czwartą podróż do Indii.  Tym razem startuję z Manchesteru do Bengalore i dalej do  Vishakhspatnam. Będę lecieć liniami Emirates, które zdążyłam polubić.

Tak dobrałam loty, abym były znośne. Nie lubię zbyt długich podniebnych wojaży.

Teraz czekają mnie 4 miesiące przygotowań.

Trzeba zakasać rękawy i brać jak najwięcej  nadgodzin.

Każdy grosz się przyda.

Zaszufladkowano do kategorii Indie

Do Indii w styczniu 2017

Zdecydowałam, że polecę sama. Grupa wolontariuszy przeprowadzających projekt KreAzja jest już w Indiach. Do stycznia wiele się z pewnością wydarzy i może uda się nam spotkać gdzieś w Andhra Pradesh. Upodobałam sobie tę krainę. Obszar pomiędzy Rajahmundry a Visakhspatnam to miejsce, które zgłębiam od 2013 roku. Myślę, że parę osób zaraziłam swoją pasją. Ale tym razem chciałabym jeszcze wyraźniej pokazać dlaczego właśnie tam mnie ciągnie.

Ludzie dziś podróżują po całym świecie. Odkrywają i poznają go coraz bardziej.

Ja mam swoje ukochane miejsca w Indiach do których będę wracać, kiedy to tylko będzie możliwe.

Drugą moją miłością jest Pakistan.

Ale tam to może na Wielkanoc….zobaczymy……

Zaszufladkowano do kategorii Indie

WEMP Indie 2015 z przygodami – ostatni taniec w Nakkapalli

Siedzimy leniwie w Bombaju czekając na autobus, który zawiezie nas na lotnisko międzynarodowe. W pewnym momencie obserwuję niesamowite poruszenie wśród moich  dziewczyn.

– Raju jest na Facebooku!

– Co?! Słuchajcie, nie spłoszcie go. Tak długo na to czekałam. On może być dla nas źródłem cennych informacji. Rozmawiajcie z nim, proszę.

– Patrz  Sylka, co on wypisuje ! Jest ogromnie przestraszony.

– To niech skasuje te swoje fotki, skoro się tak boi i niech będzie incognito. Wydobędziemy z niego prawdę.

Od trzech lat jeżdżę  do Nakkapalli. Za każdym razem coś mi tam  nie pasowało. Czułam, że dyrektor tego sierocińca coś ukrywa. Parę razy nawet zrywałam współpracę, po czym Praveen „urabiał” mnie, zasypywał argumentami i dlatego kontynuowałam działalność….Ale ciągle miałam jakieś podejrzenia….

Patrząc na dzieci z Nakkapalli wiedziałam, że któregoś dnia one dorosną i zaczną mówić. Opowiedzą jak tam jest naprawdę. I właśnie ten dzień nadszedł.

********************************************************************************

Ostatnie pamiątkowe zdjęcie w Prathipadu. Praveen już czeka, aby zabrać nas do siebie.  Samochód wynajęty przez niego kosztował dwa razy tyle, co ten sam wynajęty przez Sudhakara….

W przeciągu trzech lat chrześcijańska placówka w Nakkapalli bardzo się zmieniła. Kiedyś tętniło tutaj życie, było tu mnóstwo ludzi, była mama, siostry Praveena, pełno dzieci, kobiet, starców.  Teraz nie ma matki, nie ma ludzi, jest tylko Praveen, jego oddana  przyjaciółka Lakshmi i pies – owczarek niemiecki.  Trzy lata temu była tutaj gliniana chata pokryta strzechą, dziś stoi wygodny dom, samochód i motocykl. Luksusy, jak na indyjskie warunki.

Atmosfera drętwa. W opustoszałym budynku kościoła nie widać śladów życia. W rogu sali  stoją konga i jakieś stare biurko pokryte obrusem.  Nie zważając na te warunki mam zamiar się cieszyć z pobytu tutaj. Pomimo wszystko zawsze darzyłam bardzo dużym sentymentem to miejsce.

Konga i tamburyna poszły w ruch.Wieczór miał charakter bardzo towarzyski.

Nazajutrz pojechaliśmy przeprowadzić warsztaty plastyczne z dziećmi na placu budowy nowego sierocińca. Takie spotkania są fantastyczne, dzieci zawsze wykazują wiele kreatywności.  Te z Nakkapalli są szczególnie uzdolnione.

Praveen pokazywał mi po kolei każde pomieszczenie i snuł wizje jak to będzie wyglądało w przyszłości. Byłam pod wrażeniem. Patrzyłam na te wszystkie sierotki, siedzące i malujące obrazki, i cieszyłam się, że będą miały taki dom…..

Popołudnie w Nakkapalli było najwspanialszym dniem w całej wyprawie.

Dotarliśmy na plażę. Pustą plażę ! Ocen indyjski kusił lekko spienionymi falami. W biegu ściągałam z siebie bluzkę, potem spodnie, aż wreszcie wparowałam do wody w stroju bikini. Wszystkie zażywałyśmy kąpieli po europejsku. Widok białych kobiet w bikini ściągnął gapiów, którzy ukradkiem robili fotki z telefonów komórkowych. Ale nie zwracałyśmy na nich uwagi. Euforia morskich przyjemności opanowała nas totalnie. To najlepsza plaża na jakiej byłam w swoim życiu.

– Chcecie wino palmowe? Mówicie i macie. – wieczorem na dachu nastąpiła degustacja płynu, który bardzo chciałyśmy spróbować. Smakował jak sok z kiszonej kapusty i miał może 3% alkoholu.  Wielkie mi halo!

Do późna trwały tańce na dachu domu Praveena.  Wolność i swoboda, radość i zabawa ……ostatni taniec w Nakkapalli…..

********************************************************************************

– Raju słuchaj, od trzech lat Praveen zbiera pieniądze na sieroty : Nani, Ashok, Lavanya, Swathi, Sravani i inne…..

– Ależ one wszystkie mają rodziców. To nie są żadne sieroty.

– A ten sierociniec, który buduje?

– To jest hostel. Wiesz co to znaczy  w Indiach –  hostel?…….

Nagle prawda okazała się fikcją…….

******************************************************************************

Ostatecznie zerwałam współpracę z pastorem Praveen Ratna Kumar, Grace Children Ministries, Nakkapalli, Andhra Pradesh, India z powodu jego nieuczciwości.

 

Zaszufladkowano do kategorii Indie

WEMP Indie 2015 z przygodami – spotkanie z Pandu

Pobyt w Kovvuru/Dommeru dobiegł końca. Ostanie spotkanie z dziećmi w niedzielę. Łzy wzruszenia. Przed nami kolejny etap – sierociniec w Prathipadu.

Pastor Sudhakar przyjechał po nas wynajętym vanem, który widocznie dopiero co wrócił z  wesela. Auto przyozdobione było różyczkami, bibułą, jak to jest tutaj w zwyczaju.  Dziewczyny padły jak muchy, spały całą drogę, upchnięte na tylnym siedzeniu.  To już urok Indii, że do pojazdów należy się upychać, wciskać tyle ile się do i kogo się da. Ale nie było najgorzej.

Wanda, Asia i Ewa miały w tym sierocińcu swoje podopieczne. Jechały się z nimi zobaczyć.

Dzieci przywitały nas girlandami z kwiatów oraz napisami na kartkach białego papieru. Te, które były wspierane przez naszą Fundację trzymały w rękach kartkę ze swoim imieniem.   Asia szybko znalazła swoją Daya Mani. Widać, że momentalnie nawiązały nić przyjaźni.  Przytulań i serdeczności nie było widać końca. Wanda pozowała do zdjęć ze swoją Jayammą.

Ja szukałam wzrokiem Pandu. Tato Ewy cały rok wspierał dziewczynkę. Teraz miało nastąpić spotkanie. Niestety nie mogłam wypatrzyć w tłumie znajomej mi sprzed roku buzi.  Jakaś całkiem inna dziewczynka, w krótkich włosach i pomarańczowym ubranku miała w rękach napis : „Welcome to Sylka&Team, Poland, Pandu”

Ewa uścisnęła i przytuliła dziewczynkę. A ja już wiedziałam, że coś tu nie gra.

– Czy to jest Pandu, którą zaadoptował na odległość tato Ewy? – zapytuję delikatnie Sudhakara

– Tak, tak! Tylko musieliśmy obciąć jej warkocze..no wiesz….wszy….

Na pewien czas zadowalam się  jego wyjaśnieniem  i poświęcam uwagę pozostałym dzieciom w sierocińcu.

Wieczorem sprawa Pandu dalej nie daje mi spokoju.

– Zobacz, tutaj jest zdjęcie dziewczynki, którą wspieramy.  To jest zupełnie ktoś inny niż ta Pandu, która nas przywitała – pokazuję  pastorowi fotografię jaka figuruje na stronie internetowej mojej Fundacji

– To jest ta sama Pandu! Tylko teraz bez warkoczy. Ale to na pewno ta! – gorliwie zapewnia

Wieczorem, gdy odbywają się dziecięce pokazy taneczne dedykowane naszej grupie,  siadam koło Ewy. Obie przyglądamy się uważnie rysom twarzy dziewczynki.

– Spójrz …teraz pada na nią cień, tak jak na tamtym zdjęciu… Nos wydaje się szerszy…. Tak, to ta sama Pandu.

Uciszyłyśmy wewnętrzny  niepokój na jakiś czas i mogłyśmy udać się spać.

Następnego dnia myślenie o Pandu wciąż mnie nie opuszczało. Czułam, że Sudhakar robi ze mnie głupka. Nie tylko ze mnie! Z nas wszystkich! Odszukałam zdjęcia z pobytu w Prathipadu z tamtego roku. Kiedy znalazłam fotografię, na której widniały dwie dziewczynki: ta, którą zapamiętałam i ta, którą przedstawiał nam Sudhakar,  podskoczyłam na łóżku i jak strzała pobiegłam do niego. Przycisnęłam go do muru.

– Zobacz! Co to jest?! Na tym zdjęciu są dwie dziewczynki! Tamta Pandu i obecna! Co masz mi do powiedzenia?!

Sudhakar uderzył się w czoło

– Tak, była inna Pandu, ale ja nie wiedziałem którą sponsorowaliście! Czy tą, czy tamtą. Przyjechali krewni poprzedniej dziewczynki i zabrali ją. Więc przekazywałem pieniądze dla drugiej Pandu.

Jakby mnie ktoś obuchem walnął! Patrzyłam na niego i nie wiedziałam już co mam myśleć. Kto przede mną stoi? Jak można tak kręcić?

– Czy Ty nie rozumiesz, że ludzie w Polsce cały czas myśleli, że wspierają tamtą dziewczynkę? Powinieneś mnie był natychmiast poinformować o zmianie!

– Tak, tak, przepraszam, na drugi raz o wszystkim natychmiast poinformuję.

Zmusiłam Sudhakara do przeproszenia Ewy, bo sam jakoś unikał tej konfrontacji…Niesmak tej całej sprawy pozostał do końca pobytu.

*******************************************************************************

Ostatecznie zerwałam wspòłpracę z Sudhakarem, gdyż opowiadał mi „bajki o sierotkach”.

Zaszufladkowano do kategorii Indie

WEMP Indie 2015 z przygodami – najdłuższy most w Azji

Czas dłużył nam się niesłychanie, z  czego wszystkie byłyśmy bardzo  zadowolone. Każdy dzień był pełen wrażeń. Dzieciaki szczęśliwe z przeprowadzanych przez nas warsztatów, kadra zachwycona z pomocy dydaktycznych jakie rozdaliśmy dzieciom. Prace plastyczne wyszły przepiękne, zajęcia taneczne na pewno były źródłem do inspiracji. Ja jednak wciąż nie mogłam pozbyć się jakiegoś smutku. Wiedziałam, że znowu będę musiała opuścić to miejsce, wrócić do swojego świata….

Sobota zapowiadała się interesująco.

– Ravi, znasz jakieś legendarne miejsce w okolicy, albo legendarną opowieść?  – zapytuję, gdyż obiecałam  Annie  Walczyk legendę do jej książki pt.”Mój dom”

– No pewnie! Mieliśmy tutaj prawdziwego bohatera !

Ravi jest podekscytowany. Chce zawieźć nas do Muzeum Arthura Cottona.

Najpierw jednak całe przedpołudnie zwiedzamy katolickie świątynie, które do złudzenia przypominają hinduskie. Ta sama kolorystyka, ten sam styl, te same figurki ……na prawie….

Załapaliśmy się na zbiorowe żywienie dla pielgrzymów. Najpierw trzeba było stać w długiej kolejce po żeton, potem wspólnie z setkami innych wygłodniałych osób dostać się do ogromnej stołówki. Przy kamiennych stołach, na jednorazowych talerzach otrzymaliśmy porcję ryżu, sos curry, wody jednak nie próbowaliśmy. Po 15 minutach już trzeba było zwolnić miejsce dla  następnej partii  głodnych.

– A teraz zobaczycie zaporę na rzece Godavari.

Bardziej debatowałyśmy nad tym, że chętnie poleżałybyśmy na plaży, albo zakosztowały kąpieli w rzece. Było tu naprawdę przepięknie. Błękitne, imponujące, bezkresne wody. Po obu  brzegach zieleniły się palmy  i  inna, nieznana nam, egzotyczna roślinność….Nic, tylko spędzić tutaj wakacje.

W Muzeum dowiedziałyśmy się, że w  Rajahmundry, w XIX wieku żył prawdziwy bohater.

Arthur Cotton, był misjonarzem. Miał też zdać raport na temat  sytuacji w tym regionie rządowi brytyjskiemu. Ludzie cierpieli z powodu powodzi lub suszy. Brakowało wody zdatnej do picia.  Szerzyły się choroby, była wysoka śmiertelność. Artur Cotton wpadł na pomysł, że system irygacyjny może nawodnić tereny w dystrykcie Godavari, a most między jednym a drugim brzegiem może przyczynić się do rozwoju gospodarczego  i poprawy sytuacji mieszkańców. Jak pomyślał tak zrobił, a Hindusi go czczą do dziś.

– A to jest największy most w Azji! – powtarza Ravi ilekroć przejeżdżamy z jednego brzegu na drugi. Myślę sobie, że mogliby po 160 latach dokonać renowacji.  Trzeba uważać siedząc w tuk-tuku, bo co dwa metry, mijając kolejne płyty mostu całe ciało bezwładnie podskakuje w pojeździe….

– Wow ! My chcemy popływać łodzią po rzece! – dziewczyny skaczą z radości na widok takiej możliwości.

Przewoźnik wprowadza każdą z nas po kolei na pokład łajby wątpliwej jakości. Oprócz naszej piątki dosiada się jakiś młody Hindus, który od razu zagaduje i uśmiecha się perliście do każdej z nas. Denerwuje mnie ta jego gadka.  Przewoźnik jest  też beztroski. Nie dostałyśmy kamizelek ratunkowych. Nastrój panuje zabawowy, robimy sobie zdjęcia jak na Titanicu. Przewoźnik tak się rozbawił, że zaczął specjalnie kołysać łódką na boki, aby nas przestraszyć. Huknęłam na niego i usiadłam na plastikowym krześle,  mocno chwytając się burty. Dookoła szerokie wody Godavari. Stara zdezelowana łódka, gdyby tylko coś się stało……

– A więc przyjechałyście do Indii w celach matrymonialnych?- irytujący Hindus patrzy na mnie szczerząc zęby w głupawym uśmiechu.  Spojrzałam na niego  z największą pogardą w oczach, na jaką mogłam się zdobyć i popukałam  się kilka razy w czoło.  Przynajmniej do końca wycieczki był z nim spokój.

Po dopłynięciu do brzegu dziewczyny wyglądały na zadowolone, a ja obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie wsiądę do indyjskiej łodzi.

Zaszufladkowano do kategorii Indie