WEMP Indie 2015 z przygodami – ostatni taniec w Nakkapalli

Siedzimy leniwie w Bombaju czekając na autobus, który zawiezie nas na lotnisko międzynarodowe. W pewnym momencie obserwuję niesamowite poruszenie wśród moich  dziewczyn.

– Raju jest na Facebooku!

– Co?! Słuchajcie, nie spłoszcie go. Tak długo na to czekałam. On może być dla nas źródłem cennych informacji. Rozmawiajcie z nim, proszę.

– Patrz  Sylka, co on wypisuje ! Jest ogromnie przestraszony.

– To niech skasuje te swoje fotki, skoro się tak boi i niech będzie incognito. Wydobędziemy z niego prawdę.

Od trzech lat jeżdżę  do Nakkapalli. Za każdym razem coś mi tam  nie pasowało. Czułam, że dyrektor tego sierocińca coś ukrywa. Parę razy nawet zrywałam współpracę, po czym Praveen „urabiał” mnie, zasypywał argumentami i dlatego kontynuowałam działalność….Ale ciągle miałam jakieś podejrzenia….

Patrząc na dzieci z Nakkapalli wiedziałam, że któregoś dnia one dorosną i zaczną mówić. Opowiedzą jak tam jest naprawdę. I właśnie ten dzień nadszedł.

********************************************************************************

Ostatnie pamiątkowe zdjęcie w Prathipadu. Praveen już czeka, aby zabrać nas do siebie.  Samochód wynajęty przez niego kosztował dwa razy tyle, co ten sam wynajęty przez Sudhakara….

W przeciągu trzech lat chrześcijańska placówka w Nakkapalli bardzo się zmieniła. Kiedyś tętniło tutaj życie, było tu mnóstwo ludzi, była mama, siostry Praveena, pełno dzieci, kobiet, starców.  Teraz nie ma matki, nie ma ludzi, jest tylko Praveen, jego oddana  przyjaciółka Lakshmi i pies – owczarek niemiecki.  Trzy lata temu była tutaj gliniana chata pokryta strzechą, dziś stoi wygodny dom, samochód i motocykl. Luksusy, jak na indyjskie warunki.

Atmosfera drętwa. W opustoszałym budynku kościoła nie widać śladów życia. W rogu sali  stoją konga i jakieś stare biurko pokryte obrusem.  Nie zważając na te warunki mam zamiar się cieszyć z pobytu tutaj. Pomimo wszystko zawsze darzyłam bardzo dużym sentymentem to miejsce.

Konga i tamburyna poszły w ruch.Wieczór miał charakter bardzo towarzyski.

Nazajutrz pojechaliśmy przeprowadzić warsztaty plastyczne z dziećmi na placu budowy nowego sierocińca. Takie spotkania są fantastyczne, dzieci zawsze wykazują wiele kreatywności.  Te z Nakkapalli są szczególnie uzdolnione.

Praveen pokazywał mi po kolei każde pomieszczenie i snuł wizje jak to będzie wyglądało w przyszłości. Byłam pod wrażeniem. Patrzyłam na te wszystkie sierotki, siedzące i malujące obrazki, i cieszyłam się, że będą miały taki dom…..

Popołudnie w Nakkapalli było najwspanialszym dniem w całej wyprawie.

Dotarliśmy na plażę. Pustą plażę ! Ocen indyjski kusił lekko spienionymi falami. W biegu ściągałam z siebie bluzkę, potem spodnie, aż wreszcie wparowałam do wody w stroju bikini. Wszystkie zażywałyśmy kąpieli po europejsku. Widok białych kobiet w bikini ściągnął gapiów, którzy ukradkiem robili fotki z telefonów komórkowych. Ale nie zwracałyśmy na nich uwagi. Euforia morskich przyjemności opanowała nas totalnie. To najlepsza plaża na jakiej byłam w swoim życiu.

– Chcecie wino palmowe? Mówicie i macie. – wieczorem na dachu nastąpiła degustacja płynu, który bardzo chciałyśmy spróbować. Smakował jak sok z kiszonej kapusty i miał może 3% alkoholu.  Wielkie mi halo!

Do późna trwały tańce na dachu domu Praveena.  Wolność i swoboda, radość i zabawa ……ostatni taniec w Nakkapalli…..

********************************************************************************

– Raju słuchaj, od trzech lat Praveen zbiera pieniądze na sieroty : Nani, Ashok, Lavanya, Swathi, Sravani i inne…..

– Ależ one wszystkie mają rodziców. To nie są żadne sieroty.

– A ten sierociniec, który buduje?

– To jest hostel. Wiesz co to znaczy  w Indiach –  hostel?…….

Nagle prawda okazała się fikcją…….

******************************************************************************

Ostatecznie zerwałam współpracę z pastorem Praveen Ratna Kumar, Grace Children Ministries, Nakkapalli, Andhra Pradesh, India z powodu jego nieuczciwości.

 

Zaszufladkowano do kategorii Indie

WEMP Indie 2015 z przygodami – spotkanie z Pandu

Pobyt w Kovvuru/Dommeru dobiegł końca. Ostanie spotkanie z dziećmi w niedzielę. Łzy wzruszenia. Przed nami kolejny etap – sierociniec w Prathipadu.

Pastor Sudhakar przyjechał po nas wynajętym vanem, który widocznie dopiero co wrócił z  wesela. Auto przyozdobione było różyczkami, bibułą, jak to jest tutaj w zwyczaju.  Dziewczyny padły jak muchy, spały całą drogę, upchnięte na tylnym siedzeniu.  To już urok Indii, że do pojazdów należy się upychać, wciskać tyle ile się do i kogo się da. Ale nie było najgorzej.

Wanda, Asia i Ewa miały w tym sierocińcu swoje podopieczne. Jechały się z nimi zobaczyć.

Dzieci przywitały nas girlandami z kwiatów oraz napisami na kartkach białego papieru. Te, które były wspierane przez naszą Fundację trzymały w rękach kartkę ze swoim imieniem.   Asia szybko znalazła swoją Daya Mani. Widać, że momentalnie nawiązały nić przyjaźni.  Przytulań i serdeczności nie było widać końca. Wanda pozowała do zdjęć ze swoją Jayammą.

Ja szukałam wzrokiem Pandu. Tato Ewy cały rok wspierał dziewczynkę. Teraz miało nastąpić spotkanie. Niestety nie mogłam wypatrzyć w tłumie znajomej mi sprzed roku buzi.  Jakaś całkiem inna dziewczynka, w krótkich włosach i pomarańczowym ubranku miała w rękach napis : „Welcome to Sylka&Team, Poland, Pandu”

Ewa uścisnęła i przytuliła dziewczynkę. A ja już wiedziałam, że coś tu nie gra.

– Czy to jest Pandu, którą zaadoptował na odległość tato Ewy? – zapytuję delikatnie Sudhakara

– Tak, tak! Tylko musieliśmy obciąć jej warkocze..no wiesz….wszy….

Na pewien czas zadowalam się  jego wyjaśnieniem  i poświęcam uwagę pozostałym dzieciom w sierocińcu.

Wieczorem sprawa Pandu dalej nie daje mi spokoju.

– Zobacz, tutaj jest zdjęcie dziewczynki, którą wspieramy.  To jest zupełnie ktoś inny niż ta Pandu, która nas przywitała – pokazuję  pastorowi fotografię jaka figuruje na stronie internetowej mojej Fundacji

– To jest ta sama Pandu! Tylko teraz bez warkoczy. Ale to na pewno ta! – gorliwie zapewnia

Wieczorem, gdy odbywają się dziecięce pokazy taneczne dedykowane naszej grupie,  siadam koło Ewy. Obie przyglądamy się uważnie rysom twarzy dziewczynki.

– Spójrz …teraz pada na nią cień, tak jak na tamtym zdjęciu… Nos wydaje się szerszy…. Tak, to ta sama Pandu.

Uciszyłyśmy wewnętrzny  niepokój na jakiś czas i mogłyśmy udać się spać.

Następnego dnia myślenie o Pandu wciąż mnie nie opuszczało. Czułam, że Sudhakar robi ze mnie głupka. Nie tylko ze mnie! Z nas wszystkich! Odszukałam zdjęcia z pobytu w Prathipadu z tamtego roku. Kiedy znalazłam fotografię, na której widniały dwie dziewczynki: ta, którą zapamiętałam i ta, którą przedstawiał nam Sudhakar,  podskoczyłam na łóżku i jak strzała pobiegłam do niego. Przycisnęłam go do muru.

– Zobacz! Co to jest?! Na tym zdjęciu są dwie dziewczynki! Tamta Pandu i obecna! Co masz mi do powiedzenia?!

Sudhakar uderzył się w czoło

– Tak, była inna Pandu, ale ja nie wiedziałem którą sponsorowaliście! Czy tą, czy tamtą. Przyjechali krewni poprzedniej dziewczynki i zabrali ją. Więc przekazywałem pieniądze dla drugiej Pandu.

Jakby mnie ktoś obuchem walnął! Patrzyłam na niego i nie wiedziałam już co mam myśleć. Kto przede mną stoi? Jak można tak kręcić?

– Czy Ty nie rozumiesz, że ludzie w Polsce cały czas myśleli, że wspierają tamtą dziewczynkę? Powinieneś mnie był natychmiast poinformować o zmianie!

– Tak, tak, przepraszam, na drugi raz o wszystkim natychmiast poinformuję.

Zmusiłam Sudhakara do przeproszenia Ewy, bo sam jakoś unikał tej konfrontacji…Niesmak tej całej sprawy pozostał do końca pobytu.

*******************************************************************************

Ostatecznie zerwałam wspòłpracę z Sudhakarem, gdyż opowiadał mi „bajki o sierotkach”.

Zaszufladkowano do kategorii Indie

WEMP Indie 2015 z przygodami – najdłuższy most w Azji

Czas dłużył nam się niesłychanie, z  czego wszystkie byłyśmy bardzo  zadowolone. Każdy dzień był pełen wrażeń. Dzieciaki szczęśliwe z przeprowadzanych przez nas warsztatów, kadra zachwycona z pomocy dydaktycznych jakie rozdaliśmy dzieciom. Prace plastyczne wyszły przepiękne, zajęcia taneczne na pewno były źródłem do inspiracji. Ja jednak wciąż nie mogłam pozbyć się jakiegoś smutku. Wiedziałam, że znowu będę musiała opuścić to miejsce, wrócić do swojego świata….

Sobota zapowiadała się interesująco.

– Ravi, znasz jakieś legendarne miejsce w okolicy, albo legendarną opowieść?  – zapytuję, gdyż obiecałam  Annie  Walczyk legendę do jej książki pt.”Mój dom”

– No pewnie! Mieliśmy tutaj prawdziwego bohatera !

Ravi jest podekscytowany. Chce zawieźć nas do Muzeum Arthura Cottona.

Najpierw jednak całe przedpołudnie zwiedzamy katolickie świątynie, które do złudzenia przypominają hinduskie. Ta sama kolorystyka, ten sam styl, te same figurki ……na prawie….

Załapaliśmy się na zbiorowe żywienie dla pielgrzymów. Najpierw trzeba było stać w długiej kolejce po żeton, potem wspólnie z setkami innych wygłodniałych osób dostać się do ogromnej stołówki. Przy kamiennych stołach, na jednorazowych talerzach otrzymaliśmy porcję ryżu, sos curry, wody jednak nie próbowaliśmy. Po 15 minutach już trzeba było zwolnić miejsce dla  następnej partii  głodnych.

– A teraz zobaczycie zaporę na rzece Godavari.

Bardziej debatowałyśmy nad tym, że chętnie poleżałybyśmy na plaży, albo zakosztowały kąpieli w rzece. Było tu naprawdę przepięknie. Błękitne, imponujące, bezkresne wody. Po obu  brzegach zieleniły się palmy  i  inna, nieznana nam, egzotyczna roślinność….Nic, tylko spędzić tutaj wakacje.

W Muzeum dowiedziałyśmy się, że w  Rajahmundry, w XIX wieku żył prawdziwy bohater.

Arthur Cotton, był misjonarzem. Miał też zdać raport na temat  sytuacji w tym regionie rządowi brytyjskiemu. Ludzie cierpieli z powodu powodzi lub suszy. Brakowało wody zdatnej do picia.  Szerzyły się choroby, była wysoka śmiertelność. Artur Cotton wpadł na pomysł, że system irygacyjny może nawodnić tereny w dystrykcie Godavari, a most między jednym a drugim brzegiem może przyczynić się do rozwoju gospodarczego  i poprawy sytuacji mieszkańców. Jak pomyślał tak zrobił, a Hindusi go czczą do dziś.

– A to jest największy most w Azji! – powtarza Ravi ilekroć przejeżdżamy z jednego brzegu na drugi. Myślę sobie, że mogliby po 160 latach dokonać renowacji.  Trzeba uważać siedząc w tuk-tuku, bo co dwa metry, mijając kolejne płyty mostu całe ciało bezwładnie podskakuje w pojeździe….

– Wow ! My chcemy popływać łodzią po rzece! – dziewczyny skaczą z radości na widok takiej możliwości.

Przewoźnik wprowadza każdą z nas po kolei na pokład łajby wątpliwej jakości. Oprócz naszej piątki dosiada się jakiś młody Hindus, który od razu zagaduje i uśmiecha się perliście do każdej z nas. Denerwuje mnie ta jego gadka.  Przewoźnik jest  też beztroski. Nie dostałyśmy kamizelek ratunkowych. Nastrój panuje zabawowy, robimy sobie zdjęcia jak na Titanicu. Przewoźnik tak się rozbawił, że zaczął specjalnie kołysać łódką na boki, aby nas przestraszyć. Huknęłam na niego i usiadłam na plastikowym krześle,  mocno chwytając się burty. Dookoła szerokie wody Godavari. Stara zdezelowana łódka, gdyby tylko coś się stało……

– A więc przyjechałyście do Indii w celach matrymonialnych?- irytujący Hindus patrzy na mnie szczerząc zęby w głupawym uśmiechu.  Spojrzałam na niego  z największą pogardą w oczach, na jaką mogłam się zdobyć i popukałam  się kilka razy w czoło.  Przynajmniej do końca wycieczki był z nim spokój.

Po dopłynięciu do brzegu dziewczyny wyglądały na zadowolone, a ja obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie wsiądę do indyjskiej łodzi.

Zaszufladkowano do kategorii Indie

WEMP Indie 2015 z przygodami – indyjskie wesele

Otrzymałyśmy zaproszenie na wesele dyrektora sierocińca i szkoły w Dommeru. Ashish musiał wracać do siebie, do Uttar Pradesh. Zostałyśmy  już tylko w swoim, babskim gronie. Najważniejszą kwestią dla nas było teraz w co się ubrać. T-shirty i dżinsy? Nie, chyba nie wypada. Sari? Za późno. Nigdzie nie kupisz gotowego stroju, tylko materiał do uszycia. Szycie spódnicy i choli trwa kilka dni. Nie zdążymy.  Zdecydowałyśmy się na anarkali, czyli rozszerzające się u dołu tuniki i do tego specjalne szarawarki, ciasne na dole, pufiaste w udach. Mamy poniedziałek. Do czwartku powinnyśmy  coś kupić. Do stroju trzeba kupić buty, biżuterię itp.

Obleciałyśmy Kovvuru wzdłuż i wszerz, ale nie było nic zadowalającego. Po południu we wtorek udałyśmy się do Rajahmundry, aby  tam definitywnie kupić stroje.

Ja chciałam trzy kolory: niebieski-czerwony-zielony. Wanda chciała, aby jej się nie wżynało w pachy. Patrycja szukała czegoś w odcieniach brązu. Ewa chciała coś praktycznego, co będzie mogła nosić na co dzień, po powrocie. Asia chciała coś ekstra,  w czym będzie mogła zatańczyć taniec bollywood, kiedy wróci. Z takimi wymaganiami ruszyłyśmy na „polowanie”.

Na widok potężnego bazaru w Rajahmundry dziewczyny zapiszczały z zachwytu, ale po kilku godzinach chodzenia i przymierzania strojów miny im zrzedły.

Zdecydowałam, że w tym sklepiku, do którego teraz wejdę muszę coś kupić i koniec. I jak postanowiłam,  tak zrobiłam. Znalazłam czerwoną tunikę ze ślicznymi niebieskimi guziczkami i niebieskozielonym wzorkiem. Skromną, tak jak lubię. Dokonałam pierwszego zakupu wśród aplauzu towarzyszących nam  mężczyzn. Przyznali się nam , że po raz pierwszy uczestniczyli w takich zakupach. Zazwyczaj ich matki, siostry, żony same chodzą na takie sprawunki. Dzięki nam, mają pojęcie jak to wygląda.

Szczęśliwie wracałyśmy z pełnymi torbami. Po wielkich trudach, targowaniu się itd,  każda znalazła coś dla siebie.

Następnego dnia dokupiłyśmy sandałki i klapki do naszych strojów, oczywiście też z wielkim mozołem. jednak w czwartek na godzinę szesnastą byłyśmy zwarte, śliczne i gotowe.

No…może  prawie…. kiedy zakładałam moje szarawary, rozpruły się na całej linii. Ot, indyjska jakość. Popędziłam całe towarzystwo do najbliższej krawcowej. Chciała zeszyć na miejscu, ale ja śpieszyłam się przecież  na ślub! Kupiłam szybko, w sklepiku obok jakieś czerwone, bawełniane portki i prawie biegliśmy na miejsce, bo była już za pięć czwarta.

Dziwiłam się, czemu Hindusi biegnący z nami dziwią się, że tak pędzimy. Po przybyciu na miejsce mogę powiedzieć tylko jedno – krew mnie zalała! Byłyśmy pierwszymi gośćmi!  Na dużej przestrzeni wyłożonej zielonym dywanem, ze dwa tysiące pustych krzeseł ! Heloł?! Jesteśmy w Indiach!.

To, że na zaproszeniach widniała godzina szesnasta  znaczyło, że należy przyjść na osiemnastą!

Goście zaczęli się schodzić, gdy na dworze robiło się już ciemno.

My zostałyśmy poproszone o zajęcie miejsc na podium, obok pary młodej.

Nie miałam pojęcia na czym będą polegały tutejsze  rytuały. W sumie to indyjskie wesele, ale para młoda jest wyznania chrześcijańskiego.

– Kiedy będziemy tańczyć? Oni tutaj tańczą? – dopytywały się dziewczyny. A ja nie miałam zielonego pojęcia.

Panna młoda musiała być smutna i mieć minkę w podkówkę, pan młody, siedzący obok mnie co chwilę  wyciągał z klapy telefon komórkowy, dzwonił, instruował z podium co i jak ma się odbyć….

Kobiety przyszły poubierane w złote sari, mężczyźni w garniturach…chyba trochę za skromnie wyglądałyśmy, oprócz Asi, która miała najbardziej okazałą suknię…

Na scenie elektryzujący głos, przepięknie śpiewający mężczyzna. Już nawet nie rejestruję tych ohydnych dźwięków keyboardu. Głos i piosenka sprawiają, że moje nogi przytupują. Ojciec Raviego, który teraz usiadł obok mnie, szturcha mnie łokciem.

– Zatańczysz? – zachęca, mrugając sugestywnie

Wyskakuję z krzesła, lecę z moim woalem przypiętym do poiki i zaczynam machać, kręcić, wirować. Radocha! Dość siedzenia w krześle. Jak wesele to czas się cieszyć! Tańczę i cieszę się. Niektórzy  wstają z krzeseł i podchodzą bliżej, aby obejrzeć  moje wygibasy. Oglądają z zaskoczeniem, ale też  z szerokim uśmiechem na twarzach. Mój radosny nastrój udziela się im. Oj, tańcowałabym do białego rana. Wciągnęłabym to całe towarzystwo do tańca. Ale piosenka się kończy. Delikatne dygnięcie. To i tak było dla nich zbyt wiele. Nietypowe zachowanie gościa zza granicy. Ale jakże błogosławione! Wiele osób dziękuje mi za występ. Fajnie, że się podobało. Z dedykacją dla  mojej ulubionej, indyjskiej pary młodej. …Sto lat!

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Indie

WEMP Indie 2015 z przygodami – kokosowa rodzinka

Udało mi się zrobić dziewczynom wielką niespodziankę. Po przyjeździe na miejsce zastaliśmy tam już  Ashisha. Patrycja   poznała go wcześniej, poprzez Facebook. Ogromne zdumienie jakie pojawiło się  na jej  twarzy – bezcenne.

Kovvur jest na samym południu Indii, natomiast Ashish jechał z Allahabadu, z samej północy. My podróżowałyśmy dwa dni samolotami z Europy,  a on dwa dni po Indiach,  pociągami. Prawie w tym samym momencie dotarliśmy na miejsce. Mój, młody indyjski wolontariusz przyjechał z gitarą, aby  poprowadzić warsztaty gitarowe z chętnymi. Okazał się niesamowicie równym gościem, kumplem dla dziewczyn, kompanem do przeróżnych zabaw z dziećmi. Właśnie te zabawy z dzieciakami najbardziej go uszczęśliwiały.  W Indiach mało kto gra na gitarze, tak więc Ashish wzbudzał wielkie zaciekawienie, a muszę przyznać, że gra nie byle jak. Naprawdę dobrze i śpiewa też świetnie. Zdobył serca tutejszych mieszkańców. Szczególnie jeden młody człowiek zachwycił się Ashishem i zapałał chęcią zgłębiania tajników gry na gitarze.  Zaczęło się od tego, że przyszedł pewnego  popołudnia naprawić nam komputer, a skończyło się na tym, że dostał od Fundacji  nową gitarę w prezencie  i życzenia powodzenia w nauce gry na niej. Uskrzydlamy młode talenty!

Jako grupa wolontariuszy zgraliśmy się i żyliśmy sobie razem, bezkonfliktowo. Chociaż nocne rozmowy młodych były dla mnie wielką próbą. Generalnie miałam szczęście, bo wszyscy byli bardzo grzeczni, ustępliwi, i mogliśmy się we wszystkim dogadać, ale w nocy to ja chciałam spać! Wanda również. Natomiast pozostała czwórka lubiła siedzieć do rana i zaśmiewać się wniebogłosy. Do północy –  to jeszcze pół biedy…jakoś dawałam radę…Po trzeciej  hindusi zaczynali czcić swoje bożki śpiewem, na ulicy zaczynało się robić gwarno, motocykle trąbić…. To parę godzinek snu było na wagę złota. Do tego walka z komarami….Pewnej  nocy obudziły mnie szczególnie głośne śmiechy. Była godzina druga. Wyszłam na balkon. Moja kochana ekipa z dachu naszego domu przedrzeźniała przechodniów na ulicy. Ktoś tam zagadał –  małpowali jego głos, ktoś zakaszlał – zakaszleli i oni…..

– W tej chwili do łóżek ! No to już przesada! – wychyliłam się z balkonu, naprawdę wkurzona i pogoniłam ich do spania.

Moje młodziutkie, śliczne dziewczyny…. najbardziej chodziło mi o ich bezpieczeństwo. A  skąd ja wiem jak takie nocne zaczepki mogą się potem skończyć?

Nie posłuchali. Gadali głośno do  rana. Byłam na nich wściekła i nie odzywałam się o poranku.  No, ale  wyrazili skruchę i chęć poprawy. Przeprosili. Udobruchali mnie.  Złota młodzież.

Ashish był tylko kilka dni, ale cała czwórka zdążyła się bardzo zżyć. Stwierdzili, że są kokosową rodzinką. A ja się cieszę, że podczas tej naszej wyprawy zawiązały się nowe, przyjacielskie więzi pomiędzy młodymi ludźmi z dwóch różnych kultur, z dwóch różnych krańców globu.

Zaszufladkowano do kategorii Indie

WEMP Indie 2015 z przygodami – podróż do Rajahmundry

Spotykamy się na Dworcu PKS we Wrocławiu. Trzy miłe, młodziutkie dziewczyny: Patrycja, Ewa i Asia, oraz dojrzała kobieta –  Wanda ze swoim szczerym uśmiechem,  i ja. Razem z osobami towarzyszącymi tworzymy mały tłumek na tutejszym peronie. Pamiątkowe zdjęcie i wskakujemy  do Polskiego Busa. Musimy dotrzeć do Warszawy. Jest 15 stycznia, wieczór. Dobrze, że nie ma śniegu. Dziewczyny dopiero co się poznały, ale w autobusie szczebioczą i chichrają się jak stare przyjaciółki. Ja słucham opowieści Wandy. Moment integracyjny następuje w Łodzi. Podczas przerwy  wybiegamy  z ciepłego busa na siku. Latryna jest samoobsługowa. Trzeba tylko wrzucić trzy złote. Mamy  dwie monety na całą naszą  piątkę, więc upychamy się w pomieszczeniu wszystkie razem. Podczas, gdy jedna załatwia potrzebę, reszta stojąc tyłem śpiewa i podryguje do piosenki Pharella Williamsa „Happy” puszczanej z telefonu komórkowego. Wybiegamy ponownie,  rozbawione do upadłego. Czuję, że damy radę przeżyć wspólnie następne trzy tygodnie.

Na Lotnisku Chopina spędzamy całą noc, usiłując zdrzemnąć się na rozłożonych karimatach. Kiedy nadchodzi pora odlotu, na twarzy Patrycji widać lekkie napięcie. To jest jej pierwszy raz. Jednak będąc w chmurach jej twarz się rozpogadza i rozjaśnia.

Siedzimy wygodnie w kolejnym samolocie Lufthansy. Będziemy lecieć z Frankfurtu do Bombaju. Dziewczyny zajęte są oglądaniem filmów czy słuchaniem muzyki. Mija pół godziny, godzina. Cały czas stoimy na lotnisku.  Ekipa walczy z tylnymi drzwiami do samolotu. Już półtorej godziny naprawiają.

– Kurcze,lecę pierwszy raz i od razu takie opóźnienie – stwierdza  zaniepokojona Patrycja.

– Mam nadzieję, że drzwi nie otworzą się podczas lotu –  żartuję sobie, co nie poprawia samopoczucia Pati.

Asia jest nastawiona optymistycznie, Ewa przyjmuje wszystko ze stoickim spokojem, Wanda się modli. Ja już wiem, że w Bombaju nie zdążymy na samolot do Hyderabadu.

Nie zamierzam się jednak martwić podczas lotu. Zobaczy się na miejscu.

Kiedy lądujemy na indyjskiej ziemi Patrycja płacze ze wzruszenia. Reszta ekipy ma przyklejone uśmiechy do twarzy.Ja popędzam towarzystwo, licząc na jakiś cud. Niestety, pół godziny to za mało, aby dostać się na drugie lotnisko, skąd odchodzą loty krajowe. Przystojny i młody chłopak z obsługi  stwierdza, że w dniu dzisiejszym  nie ma już miejsc na żaden lot do Hyderabadu. Sugeruje nam wziąć taksówkę i udać się na lokalne lotnisko. Może tam coś znajdą na następny dzień.

„Gdzie ja, Misiu,  będę jechała taksówką??!! Ze wszystkimi walizkami, z całą ekipą, oskubią nas itp!!! Nie nie ma mowy.” – myślę sobie. Wzdycham do niebios….

– Czy to, aby na pewno jedyne rozwiązanie? Nie ma innego? Bardzo proszę nam pomóc!. Dziewczyny są pierwszy raz w Indiach. A tutaj taka sytuacja, proszę, bardzo proszę….-  używam całego mojego wdzięku jaki jeszcze mi pozostał. Grupka zdezorientowanych, białych kobiet wygląda przekonująco.

– Dobra… poczekajcie tu. – stwierdza chłopak i  konsultuje się z pozostałymi pracownikami obsługi. Długo debatują, wpatrzeni w ekran komputera.

-Ok, znaleźliśmy lot do Hyderabadu.  To dlatego, że dziewczyny są  pierwszy raz….- dodaje i czarująco się uśmiecha.

Uff, chwała Bogu !  Gdybyśmy utknęły w Bombaju, przepadłby nam lot do Rajahmundry! Jak to cudownie, że możemy polecieć i to bez żadnej dodatkowej opłaty!

W dobrych humorach upływa nam ostatni etap podróży.

– Czy życzy sobie Pani kurczaka czy danie wegetariańskie?  – pyta stewardessa…

Okazuje się, że w  ten kurs  do Hyderabadu jest wliczone wyżywienie. Ja kupowałam poprzedni lot bez jedzenia na pokładzie. Hallelujah! Jest nawet lepiej!

Dziewczyny wyciągają aparaty. Z zapałem fotografują lasy palmowe, które są pod nami. Lądujemy. Gorąco, tropikalnie, egzotycznie. Widok  palm  cieszy oczy.

– Super, że wybrałaś takie  miejsce na wolontariat. Tu jest tak pięknie ! – oznajmia zachwycona Patrycja.

Dojeżdżamy do hali przylotów.  Dzieciaki machają do nas. Zaczynamy indyjską przygodę!

Zaszufladkowano do kategorii Indie

Z Visakhapatnam do Polski

Opuszczamy Nakkapalli. Jedziemy do Visakhapatnam. Stamtąd następnego dnia odlecimy do kraju. Zatrzymamy się na noc o brata Nancy, żony pastora Kanthiego z Prathipadu. Kanthi  zawozi nas do Visag. Jest to dwumilionowe miasto portowe, położone nad Zatoką Bengalską.
Rodzina mieszka w bloku, bodajże na czwartym piętrze. Zadziwiły nas marmurowe posadzki na klatce schodowej. W mieszkaniach też marmur. Ponoć się tak nie nagrzewa. W bloku nawet jest zautomatyzowana winda chyba sprzed kilkudziesięciu lat, ale miły kobiecy głos oznajmia na którym piętrze się znajdujemy. Po zapoznaniu się z krewnymi pastora wyruszamy nad Zatokę.
Ściągam pantofle i biegnę w stronę oceanu. Fale są zadziwiająco silne. Uderzają z potężną mocą i wciągają wgłąb. To nie to co nasz Bałtyk.
Widzę porozbieranych mężczyzn pluskających się przy brzegu. Nikt nie pływa. Nie dziwię się. Przy takiej sile fal pływać po prostu się nie da. Kobiety stoją na brzegu ubrane w swoje sari i patrzą na bawiących się w wodzie mężczyzn.
– Chcesz się wykąpać? – pyta mnie Kanthi
Oczywiście, że chcę!
Idziemy trochę dalej, gdzie nie ma tylu mężczyzn.
– Tutaj możesz swobodnie się zanurzyć w wodzie.
Ma się rozumieć, że w ubraniu.
Powoli  wspólnie z Jędrkiem wkraczamy do wody . Wchodzimy po kolana. Fale uderzają w nas brutalnie i jesteśmy zmoczeni po pas.
Decyduję się na większe starcie. Kładę się na piasku fale porywają mnie i obracają we wszystkie strony. Potężna siła i jakby mi ktoś solą w oczy sypnął. Woda jest bardzo zasolona.
Wielkiej przyjemności z tego nie ma, ale jakaś niezwykła wola walki z żywiołem się włącza. Chce ci się pokonać dwumetrowe fale, pokonać bestię…. Podoba mi się to, choć jest bardzo niebezpieczne….

Nie udaje nam się na brzegu wysuszyć, bo słońce już zachodzi. Na zakupy do centrum wyruszamy w mokrych ubraniach.
Zmrok nadchodzi już o godzinie siedemnastej. Włączają się neony, jest bajecznie kolorowo, tłoczno. Czuję na sobie oddech tysięcy ludzi. Sprzedawcy atakują ze wszystkich stron.
Kupuję tylko słodycze dla moich dzieci i na szybko jakieś gadżety. Nie mogę wrócić z pustymi rękami.
Handlowy szał trwa. Nie widziałam czegoś takiego w Europie. Uciekamy, opychając się przepysznymi orzeszkami w karmelu.
To koniec atrakcji. Czas wracać do Polski. W pamięci zostaną dziecięce, radosne buzie, dziewicze dżungle, tajemnicze górskie krajobrazy, siła morskiego żywiołu oraz nagie indyjskie torsy na słonecznej plaży…Zadziwiające  co może człowiekowi utkwić w pamięci?…
Z żalem opuszczam Indie. Mam tylko nadzieję, że rok prędko minie i znowu tutaj powrócę.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Zaszufladkowano do kategorii Indie

Niezapomniane chwile w Nakkapalli

Przepiękny poranek. Wychodzę na dach, obserwuję okolicę, mieszkańców podążających w obie strony, ruch na autostradzie, w oddali jezioro, góry, a nade mną kokosowe palmy. Praveen przychodzi i przynosi dwa plastikowe, bardzo wygodne krzesła. Usadawiamy się na nich i kontynuujemy wczorajszą rozmowę. Poruszamy drażliwe wątki. Lakshmi przynosi nam słodką i bardzo mleczną kawę. Jest jego  bliską przyjaciółką, pomaga mu w prowadzeniu organizacji. Sprawia wrażenie cichej, spokojnej, z łagodnym uśmiechem na ustach.  Praveen bardzo liczy się z jej zdaniem.
– Prosiłem dyrektora szkoły, aby dzieci mogły pisać egzamin dziś rano, ale on nie zgodził się i muszą pisać o godzinie trzeciej po południu. On wie, że jesteśmy chrześcijanami i dlatego tak nas traktuje. Specjalnie utrudnia życie….
Czekamy więc na dzieci aż do popołudnia, kiedy to przyjdą ze szkół.
W Nakkapalli jest silny ośrodek hinduistyczny, duża świątynia Sri Vekanteshwara Swamy  na pobliskim  wzgórzu, dokładnie w osadzie Upamaka.

Chrześcijanom nie żyje się tutaj łatwo, ale też nie najgorzej. Odważnie wyznają swoją wiarę.

Generalnie zaobserwowałam w Indiach pokojową koegzystencję  wyznawców hinduizmu i chrześcijaństwa. Żyją wspólnie a nawet przyjaźnią się. Prości ludzie, hindusi są bardzo otwarci na chrześcijan. Tak sobie myślę, że skoro w hinduizmie jest 330 milionów bożków, to co za różnica dla nich, że my wyznajemy Jezusa. Jeszcze jedno bóstwo dla nich. W każdym bądź razie można dzielić się swobodnie z nimi swoją wiarą. Oni i tak będą czcić swoich bożków….
Podpisujemy z Praveenem umowę dotycząca współpracy, w dwóch egzemplarzach. Uścisk dłoni , zgoda i serdeczne uśmiechy. Lakshmi też jest szczęśliwa. Umowy podpisałam również z Ravim w Dommeru i Kanthim w Prathipadu. Teraz jest wszystko na papierze, co i jak. Mam nadzieję, że kolejnych nieporozumień nie będzie.
W oczekiwaniu na powrót dzieci ze szkół jedziemy do pobliskiego, dużego miasta – Tuni. Odwiedzamy ciocię i wujka Praveena. Idziemy też na zakupy. Do tej pory nie kupiłam swoim dzieciom żadnych prezentów.
Adam jest uszczęśliwiony i wniebowzięty, bo Praveen kupił mu  i podarował bardzo ładną, indyjską kurtę. Ja dostałam kolejne anarkali, ale tym razem chciałam proste i bez ozdób. Trudno z tymi Hindusami, jak się uprą to muszą cię obdarować i tyle.
Po południu jedziemy do wioski za wzgórzem – Upamaka. Tam mieszkają dzieci. Wpadamy, rozdajemy balony i cukierki. Wyciągam mały głośniczek i zaczynam taneczne zabawy z nimi. Radości jest co niemiara! „Kaczuchy” mają największe wzięcie!

kaczadCzas na zajęcia plastyczne. Szablony serduszek ozdabiają wydzieranką z kolorowego papieru, do tego przyklejają ogony z kolorowej bibuły. Przyczepiam gotowe prace na murach rozpadającego się, ceglanego budynku i już jest troszkę weselej.
Jędrek prowadzi warsztaty komiksowe ze starszymi dziećmi. O dziwo są tutaj niezwykle utalentowane dzieci. Perełki ! Rysunki są wyjątkowo ciekawe, bogate w szczegóły, pomysłowe. Oj, nie można ich zostawić tutaj z ich talentem…. warto, warto ich wspierać, aby mogły się rozwijać…
Ściemniło się bardzo szybko, a chcieliśmy jeszcze wejść na wzgórze, gdzie mieści się  hinduistyczna świątynia i zobaczyć widok na Nakkapalli.
Wparowałam na górę jak z procy, ale zdążyło się w tym czasie zrobić całkiem ciemno.  W oddali widzieliśmy więc tylko światła. Postanowiłam, że jutro rano przed odjazdem muszę tu przyjść i porobić zdjęcia.

***

Leniwy poranek, wszyscy smacznie śpią, a mnie rozpiera energia. Idę na dach, patrzę na okolicę. Za chwilę opuszczę to miejsce. Ogarnia mnie nostalgia, smutek. Mam do tego miejsca jakiś niewyjaśniony sentyment…
Nie ma co się mazać. Doskakuję  do roweru, którym Vekantesh codziennie dojeżdża do fabryki i usiłuję majstrować przy nóżce blokującej pojazd. Co za sprytne urządzenie! Szarpię się z nim, ale ani rusz!
Praveen słysząc hałas wychodzi na ganek i patrzy na mnie z nieukrywanym zdumieniem.
– Chciałam tylko skoczyć na wzgórze i porobić parę zdjęć.
Nie zastanawiając się,  ściąga pokrowiec ze swojego  motocykla i odpala go.
– Wskakuj! -krzyczy do mnie.
Dwa razy nie trzeba mnie namawiać. Motocyklem o wiele szybciej niż rowerem.
Do świątyni prowadzi ponad trzysta schodów. Bez problemu je pokonuję, natomiast Praveen co pięć schodków przystaje, sapie, blednie. Naprawdę źle wygląda. Chwytam do za rękę i wspinamy się dalej razem.
– I kto tutaj jest stary? – śmieję się z niego, bo kondycję ma naprawdę kiepską.
Już w połowie drogi zatrzymuję się i obserwuję zapierające dech w piersiach widoki. Przy świetle dziennym widać malowniczą krainę, po prostu  jak z bajki! Las palmowy, jezioro, budynki Nakkapalli, a w oddali góry.
Idziemy wyżej i jest jeszcze cudowniej ! Ukwiecone drzewa po obu stronach potężnych schodów, roślinność jak z innej planety, kolorowe wieżyczki świątynne pod nami. Urok tego miejsca sprawia, że zapominam o całym świecie… A może to ta hinduistyczna świątynia przy której się znajdujemy tak działa?
Atmosfera robi się romantyczna….Opamiętuję się.
Nie ma co! Spadam stąd! Zbiegam na dół w kilkanaście sekund.  Praveen stoi na górze i  śmieje się ze mnie. Ale teraz sam musi pokonać setki  schodów, więc mina mu rzednie.
Z tej wycieczki na wzgórze mam kilka najpiękniejszych zdjęć.Okolice Nakkapalli mają swój specyficzny  urok….

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Zaszufladkowano do kategorii Indie

Z Prathipadu do Nakkapalli

Współpraca z Praveenem, dyrektorem sierocińca w Nakkapalli, od samego początku przebiegała burzliwie. Właściwie to on mnie znalazł na Facebooku, był moim pierwszym kontaktem w Indiach. Jednak tak wiele nas różniło, mieliśmy inne podejście do tylu spraw, że co chwilę wybuchał konflikt. Praveen ma wielkie serce, pomaga sierotom i wdowom od kilku lat, ale zbyt szybko mówi słowa, których potem żałuje. W gorącej wodzie kąpany, ja również więc walczyliśmy ze sobą. To co mamy wspólnego to szukanie zgody i pokoju. Więc mimo, że trzy razy zrywałam z nim współpracę, zawsze później dochodziliśmy do porozumienia.
Dziś niedziela. Kończymy wizytę w Prathipadu i po lunchu wyjeżdżamy do Nakkapalli.
Robię ostatnie zajęcia plastyczne z dziećmi – szablony w kształcie wielkich serc ozdabiają bibułą, kolorowymi obrazkami oraz złotą i srebrną farbą. Niektóre prace są bardzo ciekawe, dzieci ozdabiają serca najpiękniej jak potrafią. Siedzą na zakurzonym betonie, ale z zapałem oddają się pracy twórczej.
Końcowy efekt jest zawsze najmilszy. Kiedy widzę te uśmiechnięte buzie, tą dumę ze swoich dzieł, podziw dorosłych , to wiem że warto, warto, warto! Warto jechać z drugiego końca świata, aby zainspirować twórczo, zaszczepić wiarę we własne siły, wlać kroplę szczęścia do serc i natchnąć nadzieją na lepszą przyszłość.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA
Czas na nabożeństwo. Tutaj działa domowy kościół. Nie wnikam nigdy w szczegóły, ale chyba jest to nurt baptystyczny. Dla mnie to nieważne. Modlę się ze wszystkimi chrześcijanami, bo wierzę w tego samego Pana Jezusa. Jestem elastyczna, do obrządków i rytuałów mogę się dostosować, nie ziębią mnie one, ani nie grzeją…..Osobiście najbardziej lubię śpiewy i pląsy na łonie natury, najchętniej w lesie, w górach – tam widać Boże stworzenie, tam najchętniej  chwalę Boga….Ot taka mała dygresja…

Wszyscy obecni tu pastorzy po kolei przemawiają. My siedzimy razem z nimi, i oczywiście nic nie rozumiemy, ale na pewno dobrze mówią. Dobrze też bekają….Nie do pomyślenia w Polsce, aby np ksiądz siedząc z ministrantami podczas słuchania innego kaznodziei bekał na cały głos. A tutaj to normalne. Nikt się nie gorszy. Pojadł sobie to mu się potem odbiło i tyle. Tylko nasza cała trójka miała wielkie, zdziwione oczy, rozszerzone nozdrza i skaczące brzuchy ze śmiechu….
Po nabożeństwie rozdajemy podkładki do pisania i rysowania dla dzieci, landrynki czekoladowe i plastikowe miseczki. Ostatnie pamiątkowe zdjęcia, łzy na pożegnanie…szczere łzy w oczach dzieci, bardzo to wzruszające…
Upchnięci razem z naszymi bagażami odjeżdżamy z Prathipadu. Teraz do Nakkapalli.
Myślę sobie, że Praveena to chyba uduszę. Pokłóciliśmy się na dwa tygodnie przed moim przyjazdem do Indii. Powiedziałam mu, że odwołuję wizytę. Wpadnę tylko dać mu kasę dla dzieci i koniec.
Jednak Praveen kolejny raz przekonał mnie, że dzieciaki są najważniejsze, że bardzo łatwo jest skasować współpracę, o wiele trudniej jest do czegoś razem dojść i coś razem zbudować. No i kolejny raz zmiękłam, bo jak zwykle miał przekonywujące argumenty. Ale lekka złość tliła się ciągle wewnątrz mnie.
Dojeżdżamy na miejsce. Widzę znajome twarze: Praveen, Lakshmi, Vinky, Raju, Yohan i gromadka dzieci . Układam palce na kształt pistoletu i celuję w stronę Praveena.
– Zastrzelę Cię! –  na co on rozpromieniony wita mnie braterskim uściskiem.
Dzieci zakładają wieńce z nagietków na nasze szyje. Stoją trzymając kartki powitalnymi napisami.
Są jakby lekko przestraszone, ale dostają balony i cukierki i zaczyna być wesoło.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

 

Jędrek dorwał Vinkiego, Yohana i Raju – młodych chłopców, którzy jako pierwsi trafili tu do sierocińca, i razem z nimi zniknął w budynku kościoła, Pochłonęła ich wspólna gra  na kongach. Od dawna chciał tutaj trafić i pograć z nimi, i teraz to się spełniło.
– No, pokaż mi ten swój domek – mówię do Praveena i lecę zobaczyć nowo wybudowany budynek. Zapiera dech w piersiach, małe cacko, klimatyzowane z wszelkimi wygodami. Przed domem autko, motocykl, budynek kościoła ma odnowiony dach.
W tamtym roku było tu całkiem inaczej, spałam w glinianej chacie pokrytej palmową strzechą. Dom był dopiero w budowie.
Teraz możemy się pławić w luksusie jak na indyjskie warunki. Mieszkanie jest bardzo czyste.
– No chłopie, masz potencjał! Fajnie jakby u ciebie była taka baza turystyczna i więcej osób z Europy mogło tutaj przyjeżdżać… – zaczynam snuć wizje co do przyszłości tego miejsca. Nie każdy lubi spać w brudzie i kurzu, ze szczurami czy robalami, a gdyby tak wybudować ośrodek wypoczynkowy w Nakkapalli…..Marzę…..

Lakshmi, przyjaciółka Praveena i mózg sierocińca, krząta się w kuchni i przyrządza nam przepyszny ryż z sosem  curry.
– Ona jest w zarządzie koledżu w Vijayawada, samej kadry jest tam 260 osób, to bardzo wykształcona kobieta, młoda wdowa – tłumaczę Adamowi, który łapie się za głowę, bo myślał, że to jakaś gosposia przyszła tu gotować.
Tak, kobiety indyjskie są ciche, skromne, wstydliwe, kuchnia jest ich królestwem.
Ja natomiast głośno mówię, głośno się śmieję, zamaszyście gestykuluję. Urwałam się z Europy  i  na chwilę wpadłam do Indii. Jest potężna różnica kulturowa między nami kobietami, z dwóch kontynentów.
Wieczorem udaje nam się przez chwilę porozmawiać z Praveenem i w końcu wyjaśnić to czego nie udało nam się rozwiązać online. Facebook czy Skype to bardzo dobre narzędzia, ale jednak rozmowa w cztery oczy, na żywo, to o wiele lepsza sprawa. Praveen stuka się w czoło jakby doznał olśnienia – nareszcie dotarło do niego, zrozumiał…Ehh…trzeba było pokonać tysiące kilometrów, aby oczyścić relację, ale warto, warto, warto, bo najważniejsze jest dobro dzieci!

Zaszufladkowano do kategorii Indie

Rodzinny Dom Dziecka w Prathipadu – cz.3

Poranny nalot ciotek i kuzynek. Ubierają mnie w kiczowate bransoletki tzw. bangle , zawieszają sztuczną, pozłacaną biżuterię na mojej szyi, a w małżowiny uszne wpinają jarmarczne kolczyki. Taki tutaj styl. Kobiety przepadają za błskotkami w kolorze złota. Każda coś nosi, noszę teraz i ja. Moja pogryziona przez moskity i opuchnięta twarz jaśnieje od blasku indyjskiej biżuterii. We włosy wpinają mi kwiat róży. Hmm, jestem piękna!
Oczywiście mam też coś dla nich, bo wiedziałam, że ten moment nastąpi. Wyciągam z czerwonego pudełeczka moje własne kolczyki – kwiatuszki, kolczyki – perełki, naszyjnik z perełek i również obdarowuję tryskające radością ciotki i kuzynki. Taki tu zwyczaj. Prezenty się daje, prezenty się przyjmuje i jest radocha!
Na śniadanie smażona  dosa z cebulką i zieloną papryczką chili, kokosowym chutneyem i drugim, bardzo pikantnym. Dostaję pierwsza, gdyż wykazuję największy entuzjazm. Przepadam za dosą! Opycham się samolubnie, wiedząc, że długo nie będzie mi dane  jeść tej potrawy. Jędrek kręci nosem. Adam zabiera się za czyszczenie podwórka. Wiadrem wody polewa beton w celu zmycia kurzych odchodów. Dzieciarnia reflektuje się i czym prędzej podrywa kosz z aluminiowymi, czystymi naczyniami. Inaczej kurze kupy znalazłyby się na talerzach. Adam nie przejmuje się i macha teraz miotłą. Robi porządki.
– Hej, co z ciebie taki czyścioszek?! Najpierw w swoim pokoju w Londynie zrób porządki, a potem poprawiaj innych! – trochę sobie z niego żartuję, mając w pamięci widok  jego kawalerskiej kwatery.
Adam puszcza moją uwagę mimo uszu i kontunuuje. Widzę, że jest bardzo dotknięty tutejszą nędzą i biedą. Robi więc co może, aby coś zmienić.
Dzieciaki ubierają się w odświętne stroje. Jedziemy dzisiaj na wycieczkę w góry, nad wodospad. Jedzie cały sierociniec  ciotki, kuzynki, wujkowie, pastorzy oraz nasza ekipa. I wszyscy mamy się zmieścić w jedno czteroosobowe autko i dwa tuk-tuki….Mistrzostwo świata….
Zostało trochę czasu, sadzam dzieciaki na matach, rozdaję kredki, kartki i niech rysują sobie co chcą. Nie ma stolików, dzieci rysują na kolanach.
– Tylko niektóre mają podkładki, reszta nie ma –  Kanthi pokazuje mi drewniane deseczki, na których dzieci kładą kartki do rysowania.
– Jutro kupimy podkładki dla wszystkich  – decyduję natychmiast i kontynuuję rozdawanie kredek.
Dzieci skończyły rysować, wszyscy stoimy z plecakami i czekamy, aby się załadować do pojazdów.
– A Ty jak jedziesz, w tym stroju? – trochę zdziwiona zagaduję  Kanthiego, który ma na sobie tradycyjne sukno owinięte dookoła bioder. Kanthi stuka się w czoło i dzie brać prysznic.
Czterdzieści osób czeka, aż pastor się umyje i przebierze.
Mija godzina.
Kanthi wraca umyty, pachnący, w świeżej koszuli i spodniach. Wsiadamy –  tzn upychamy się do samochodu, dzieciaki, ciotki, kuzynki, pastorzy wpychają się do dwóch tuk-tuków….to są Indie. Tak tutaj się podróżuje.
Jedziemy bez końca. Mija trzecia godzina i oto przed nami ukazuje się bajeczny widok. Pokryte gęstymi lasami, wielkie góry, a u ich podnóża przepiękne jezioro z palmami kokosowymi wyrastającymi z wody gdzieniegdzie. Kanthi jedzie dalej swoim autkiem po niewyobrażalnie wyboistej drodze.
– A my narzekamy na polskie drogi…- zauważam, kiedy żołądek podskakuje mi do gardła.
Wielkie krzewy na poboczu drogi zasłaniają widok, nie mogę robić zdjęć tej przecudownej krainy. Mijamy lasy palmowe, tamarynowe, mandragorowe itd. Roślinność jak z dziewiczej dżungli ukazuje się naszym oczom. Gdzie ja jestem? To przecież raj na ziemi ! Tak bajecznych widoków jeszcze nie widziałam. MIjamy wioski plemienne, tubylcy pasący kozy , niektórzy w samych przepaskach na biodrach, chaty ze strzechy, jednym słowem egzotyka o jakiej nie marzyłam! Do wodospadu mamy jednak jeszcze kawałek, więc dzikim plemionom mogę tylko pomachać.
W zacienionym zagajniku czeka już na nas rozkrzyczana dzieciarnia. Biegają we wszystkie strony, cieszą się ze strumyka przepływającego obok.
– Zanim pójdziemy do wodospadu to najpierw zjemy lunch – oznajmia Kanthi, a ja nie protestuję, bo po trzech godzinach jazdy wszyscy zgłodnieli.
Jednak nim go podano  minęła kolejna godzina przeznaczona na  chrześcijańskich śpiewów i tańce.
W beczkach, wiadrach i garnkach była przygotowana, woda, ryż,chapati, warzywa, curry  z kurczaka .
Oczywiście jedzenie podano w kolejności : goście, pastorzy a na końcu kobiety i dzieci.
Dobrze, że zaliczam się do gości, bo inaczej musiałabym jeść z kobietami na końcu. Żart oczywiście.
Wspinamy się na górę. Idziemy całą gromadą. Strome zbocze, ostre kamienie, gałęzie, liście i dziecięce gołe stopy…Widok dzieciących bosych nóżek ściska moje serce…
Wodospad jest przepiękny! Ze stromej skały, z wielką prędkością spływa wielki strumień lodowatej wody. Kusi, aby wejść i zaznać pod nim  ochłody. Jędrek zachwycony, wraz z tutejszą młodzieżą  poddaje się orzeźwiającej kąpieli. Ubranie przemoczone, ale dusza szczęśliwa.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Również i ja nadstawiam swoje plecy, aby mnie zmoczyło. Strumień jest zbyt silny, a ja nie chcę być przemoczona do szpiku kości. Dzieciaczki ściągają ubrania i  chlapią się w wodzie. Piski, okrzyki radości dobiegają z każdej strony. Chwila szczęścia.

Oby jak najwięcej takich chwil przeżywali …

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Zaszufladkowano do kategorii Indie