Dziecięce rączki mogą wyprodukować dużo cegieł

Przybyłam do Khalipura/Multan, aby spędzić miło czas z bardzo interesującą osobą, która zajmuje się  m.im edukacją  kobiet. Zaplanowałyśmy posiedzieć w babskim gronie,  a następnie  pobawić się z dziećmi.  Sh.  postanowiła jednak pokazać mi jak żyją kobiety z jej społeczności. Zanim się zebraliśmy do wyjścia   pogoda spłatała nam  figla.  Dookoła zrobiło się szaro i  żółto. Po raz pierwszy w życiu doświadczyłam piaskowej burzy. Piasek wdzierał się wszędzie. Wyruszyliśmy nie czekając, aż burza minie. Usta i nos trzeba byłi przykrywać chusteczką. Nasz samochów wyglądał jakby rok czas nikt go nie mył. Szyby totalnie pokryte piachem. W tym unoszącym się piaskowym pyle, w gęstych szarościach  dotarliśmy do pierwszego domu. Dzieciaki miały piasek we włosach, oczach, uszach – wszędzie.

– A gdzie rodzice? – dopytuję się wnikliwie.

– Rodzice pracują w tutejszej cegielni…te dzieci też tam pomagają. Ale na pełny etat pracuje tylko najstarszy, ośmioletni chłopak – Sh. objaśnia mi ich sytuację, a ja myślę, że się przesłyszałam

– Zaraz, zaraz…jak to pracuje  na pełny etat?

– Tutaj takich rodzin jest mnóstwo. Rodzice wyrabiają cegły razem z dziećmi…zawsze to dodatkowy zarobek….

Patrzę na gromadkę brudnych dzieci i nie wiem co powiedzieć….Żadne z nich nie chodzi do szkoły…pomagają rodzicom w cegielni przy produkcji cegieł…..Jeśli nie ma co do ust włożyć, kiedy ma się pusty żołądek  to nikt nie  myśli o edukacji….

Czy ja cofnęłam się w czasie? Tak było w Europie ponad 100 lat temu…też była bieda. Dzieci też nie chodziły do szkoły, też ciężko pracowały…Ale to się dzieje tu i teraz! Tzn… w Pakistanie…Oto stoją przede mną dzieci, które nie znają beztroskiego dzieciństwa….ich ręce są potrzebne do produkcji cegieł…

Idziemy zobaczyć cegielnię. Z powodu burzy piaskowej opustoszała. Tylko  dwaj wychudzeni mężczyzni krzątają się z gromadką dwu-trzyletnich dzieci….

– Możesz mi zademonstrować jak robisz cegłę? – zapytuję, a mężczyzna nie daje się długo prosić. W kilka sekund pokazuje mi jak powstaje prostokątna, gliniana kostka.

Nie…nie poproszę dzieci, aby zademonstrowały jak pomagają tacie….

Wracając zatrzymujemy się jeszcze raz przed pomalowaną na niebiesko bramą. Ojciec, matka i ośmioletni syn wrócili do domu…Patrzę chłopcu w oczy….w głowie pustka….Ale to nie tak ma być! To nie jest normalne! Nie! Dzieci mają prawo do zabawy, do nauki! Utrzymanie rodziny to nie jest ich obowiązek !

Nie wiem jeszcze co  zrobię, ale na pewno nigdy się z tym nie pogodzę.

 

Khanewal – oaza wolności

– Wszyscy mi mówili – nie jedź do Pakistanu, bo to kraj terrorystów. Ale ja zamiast terrorystów spotkałam ludzi gorącej wiary, wspaniałych chrześcijan którzy pomimo tak wielu przeciwności nie tracą ufności do Boga – przemawiam do kilkuset osób zgromadzonych na wiejskim podwórku w Khanewal. Tak żarliwych modlitw dawno nie widziałam i takiego wielbienia Boga. Z mojego wnętrza  wydobywa się głośne: Hallelujah! Normalnie jestem w raju! Atmosfera jest niesamowita, czuje się radość i miłość bijącą od tej grupy wierzących.

– Niech Cię Bóg błogosławi – staruszka z pooraną bruzdami twarzą robi znak krzyża na moim czole i z całej siły mnie przytula. Wybucham płaczem ze wzruszenia jak mały szkrab…Co się ze mną dzieje? Otacza mnie życzliwość i akceptacja z każdej strony.

Dwaj wujkowie Zahida mieszkają tu razem z rodzinami i wspólnie prowadzą duże gospodarstwo. Bawoły, kozy i plantacja bawełny. Ludzi i zwierząt co nie miara. Totalny brak prywatności.

Rankiem chcąc mieć jej odrobinę wymykam się i chowam w krzakach  bawełny.  Niestety nawet pięć minut nie mija  jak już mnie namierzają i pytają co tam robię…

– Sylka, oto obiecany rower dla ciebie – Zahid stawia przede mną pojazd na dwóch kółkach, który jest większy ode mnie.  Kuzyn Imran pomaga mi się usadowić. Szybka próba dosięgnięcia pedałów i wielka ulga, że to jest możliwe. I….już mnie nie ma!!! Z tyłu za sobą słyszę okrzyki zszokowanych mężczyzn, którzy po raz pierwszy w   życiu zobaczyli kobietę jadącą na rowerze. A ja jestem już daleko poza zasięgiem ich wzroku! Podziwiam wschód słońca, zieleń bawełnianych pól, w nozdrza wciągam świeżość poranka i chwalę Stwórcę. Nareszcie upragniona wolność. Piaszczysta droga ciągnie się w nieskończoność, a ja śmieję się czując we włosach wiatr i zapominam o wszystkim.

Nagle z tyłu słyszę odgłos silnika. To Zahid z Imranem. We dwóch siedzą na motocyklu i probują mnie dogonić. Zaczyna się wyścig. Śmigam co sił w nogach, robię podjazdy, zjazdy, przeskoki…Chłopaki dają mi znak, abym wracała. O nie moi drodzy, raz się zerwałam ze smyczy to tak łatwo nie wrócę. Gonitwa trwa i trwa. Moje serducho przepompowało już sporą ilość krwi, czuję że żyję, mięśnie też chyba mają dość, bo aż drżą….No dobra, trzeba dać ciału na wstrzymanie…

Po powrocie szczęśliwa i dotleniona pochłaniam curry z kurczaka , popijam świeżym, tutejszym kefirem i ogarnia mnie błogie uczucie zadowolenia. W tej oazie wolności  mogłabym zostać!

Buntownica w Pendżabie

Nie da się ukryć, że będąc w Pakistanie toczyłam ze sobą walkę. Wychowałam się w społeczeństwie koedukacyjnym, robiłam zawsze to co chciałam. W mojej rodzinie nie było mowy, że coś jest męskim zajęciem a coś żeńskim. Sprzątanie, gotowanie, pranie, rąbanie drzewa, zabijanie kurczaka na rosół  czy karpia na święta, jazda traktorem po polu, gra w piłkę nożną,  taniec, samotne wędrówki po lesie, te czynności były dla mnie takie normalne ….ehhh…mogłabym wymieniać i wymieniać…..Dżinsy, t-shirt i rozwiany włos – taki ubiór lubię najbardziej. Nagle znalazłam się w społeczeństwie, gdzie dla kobiety istnieją same ograniczenia. Czy trudno się dziwić, że mój organizm zareagował buntem? Ledwie wystawiałam nogę za próg domu w Sargodzie,  już kobiety za mną biegły krzycząc „Załóż dupattę!”.Od tej dupatty powyskakiwały mi  pryszcze na szyi, gdyż moja skóra nieprzywykła do tego. Pokazywałam każdemu te moje wypryski, aby wzbudzić w nich choć trochę zrozumienia.

Najbardziej jednak wkurzało mnie to jak mężczyźni patrzą na kobiety. Pierwszego szoku doznałam już w samolocie z Dohy do Lahore.   Jako ostatnia wbiegłam na pokład i stanęłam jak wryta. W moją stronę zwróciło się kilkaset par pakistańskich, męskich oczu. Nigdy w życiu czegoś takiego nie doznałam. W Europie tego nie doświadczysz. Bezczelny, lustrujący Cię z góry na dół, z dołu do góry wzrok, bezwstydny i wyuzdany.

Chodząc po bazarze w Sargodzie, będąc szczelnie owinięta dupattą i tak miałam na sobie ten obleśny wzrok ciekawskich  mężczyzn. W pewnym momencie taka furia mnie opanowała, że ściągnęłam dupattę i zaczęłam się im przyglądać dokładnie tak samo  jak oni mnie. Z góry na dół, na brudne sandały, poplamione kurty, na tłuste loki na czole, na brudne łapska…bezczelnie ich lustrowałam…..ale to trwało tylko chwilę….z amoku wyrwała mnie myśl, że zachowuję się jak dziwka. Zreflektowałam się, z powrotem okutałam chustą …oj trzeba mieć rozum…

W sobotę pojechaliśmy w piękne góry. Bajeczne jezioro. Cudowna, zielona kraina. Niestety jakaś ogólna  słabość mnie opanowała, może z powodu zmiany flory bakteryjnej. Tylko Coca Cola mi mogła pomóc.

Zatrzymaliśmy się w niewielkiej wiosce. Mężczyźni wysiedli z auta, kobiety miały siedzieć i czekać, aż oni zrobią zakupy.

Zamierzałam otworzyć drzwi. Ejaz w tym momencie je zablokował, nie chcąc abym wyszła! Tego już za wiele! Nikt nie będzie mnie więził w gorącym aucie!

Opuściłam szybę w oknie, wystawiłam najpierw jedną nogę, wyciągnęłam drugą i wyskoczyłam z auta. Pognałam na drugą stronę jezdni. Nie otworzyliście mi drzwi to wyszłam  oknem! Zostawiłam  oszołomionego kierowcę i żonę Zahida w samochodzie, bo musiałam  zobaczyć czy Coca Cola, którą mi chcą kupić  ma dobrą datę ważności czy nie.

W niedzielę po nabożeństwie udaliśmy się w kilkugodzinną podróż do Multan. Miałam tam się zobaczyć z kolejnymi przyjaciółmi. Mieliśmy się  zatrzymać w Khanewal u krewnych Zahida i Pastora H. Podziwiałam Pakistan podczas podróży, pod wieczór byłam już jednak zmęczona. Liczyłam  na szerokie łóżko, na którym rozprostowałabym nogi..

– Siostro, podzielisz się na dzisiejszym nabożeństwie jakąś historią ze swojego życia z Bogiem?…- Pastor H. kieruje do mnie gorącą prośbę.

– Na jakim nabożeństwie? Jest prawie dziewiąta wieczorem! Jakie nabożeństwo????

– No ….oni tam czekają na gościa zza granicy….

– Taaaaak?….Na gościa zza granicyyyy???  To zaraz zobaczą gościa zza granicy!!!!!!

Zrywam z siebie dupattę, ściągam tunikę. Mam teraz na sobie tylko obcisły t-shirt i jeansy.

– Tak wygląda gość zza granicy!!!! Jeśli  chcą coś usłyszeć to niech mnie akceptują taką jaka jestem. Taka jestem!!! – wybucham płaczem, bo moje nerwy mają dość dyktownia jak mam się ubrać, jak się zachować, gdzie mogę pojść, co mogę powiedzieć. Wolności!!! Wolności chcę!

– My rozumiemy… jesteś wolna, możesz naprawdę robić co chcesz…ale my pragniemy tylko jednego – abyś była bezpieczna…tylko abyś była bezpieczna….

Ok…koniec odstawiania cyrku….trzeba się wziąć w garść i być grzecznym, uprzejmym gościem zza granicy….zakładam tunikę oraz dupattę, wycieram oczy i nos…już w porządku, już ok, przepraszam za ten napad…już jestem  grzeczna.

W pomarańczowym gaju

– Ejaz! Zatrzymaj sie tu! Kupię kukurydzę. –  Nabeela zwraca się  do kierowcy, poprawiając dupattę na głowie. Wyskakuję z  samochodu,  niepoprawiając dupatty….. Przydrożny sprzedawca kukurydzy siedzi na niziutkim  stołku mieszając pogrzebaczem w gorącej misce z solą,ustawionej na palenisku.

– Za twarda. –  stwierdzają wszyscy obgryzając zakupione kolby. Dla mnie to nie ma znaczenia, bo spożywam je po raz pierwszy. W Pakistanie brązowe, nawet lekko zwęglone kolby kukurydzy, prażone w soli lub piasku, są przysmakiem.

Jedziemy do rodzinnej wioski Pastora H.  która nie ma nazwy tylko numer – 106 N.B.  Jestem ponownie witana wieńcem i płatkami róż. Wujkowie, ciotki, kuzyni, kuzynki i babcia Zahida….Wielka rodzina zasiada na łóżkach w glinianej chacie. Z sufitu wystaje słoma. Podłogi nie ma. Jest klepisko. Zimne drinki oraz słodycze pojawiają się na małym stoliku.

Wesoła babcia z jednym ząbkiem rzuca się na nie. Rodzina żartuje, że babcia zjadła zęby na słodyczach . Staruszka się  nie przejmuje tylko mruczy z rozkoszą, przeżuwając słodkie delicje. Podnosi w górę dłonie i tanecznie macha nimi. Mruga do mnie porozumiewawczo. Chce bym  coś zatańczyła. Robi to tak sugestywnie i przezabawnie, że nie daję się dłużej prosić. Podaję Zahidowi mój pendrive i za chwilę dźwięki bhangry rozbrzmiewają w pendżabskiej chacie. Z przyjemnością wykonuję małe, taneczne show. Na twarzach rodziny  widzę wielką radość. Tę bhangrę przygotowywałam specjalnie na taką chwilę i wiem, że zdobyłam ich serca.

Znowu gdzieś jedziemy. Nikt mnie nie informuje dokąd, co i jak, tylko każe pakować się do auta. Widzę, że pozostała część rodziny też wyrusza za nami drugim samochodem.

Naszym autem kieruje Zahid.

– Przestań się popisywać, tylko skoncentruj się na drodze! – parę razy muszę nawrzeszczeć na niego, gdy brawura go ponosi. Wszyscy śmieją się, żartują, a ja siedzę zestresowana jak dudek na dachu , nie znając urdu, nie wiedząc o co chodzi.

Wjechaliśmy w polną, piaszczystą i wyboistą drogę. Brawura Zahida zgasła. Zatrzymaliśmy się wśród zielonych zarośli. Nie widziałam w tej okolicy niczego atrakcyjnego i nie miałam pojęcia dlaczego właśnie tutaj wszyscy z takim  szczęściem wysiadają.

– To tutaj. Spójrz na to. – Pastor H. Pokazuje mi jakies badyle…po krótkiej, intelektualnej dedukcji odkrywam, że jestem na sezamowym polu! Oj, z wielkim zainteresowaniem zaczynam się więc przyglądać  zielonym chaszczom.

Rodzina ciągnie mnie na pobocze w błotnistą glebę. Moje delikatne sandałki zanurzają się w szaro- brunatnej mazi. Ktoś mówi, aby spojrzała w górę.

Wydaję z siebie radosny pisk. Pomarańczowy sad!! Podbiegam i dotykam kulistych owoców. Dojrzewają dopiero. Są jeszcze zielone, tylko niektóre zaczynają już przybierać pomarańczowe barwy. Zbiory będą w grudniu. Kuzyn Suneel, z uśmiechniętą od ucha do ucha buzią, obiera jedną pomarańczę za drugą wkładając mi je niemal do ust. Inni też przynoszą mi obrane cząstki. Są już słodkie. Naprawdę smaczne, a przecież jeszcze niedojrzałe….jak wspaniale muszą smakować, gdy nadejdzie ich pora!

Co chwilę ktoś pokazuje mi jakąs egzotyczną roślinę, egzotyczne warzywa, które rosną pod drzewami. Gdy nadejdą zbiory tłumy mieszkańców pobliskich wiosek przyjdzie tu do pracy za kilkaset rupii….

Suneel biegnie w moją stronę uginając się pod ciężarem kopy owoców, które  trzyma w  swoich objęciach. Wsypuje mi je do plecaka. Teraz ja zaczynam uginać się pod ich ciężarem….

– Zahid, mam coś dla ciebie – zwracam się do przyjaciela zarzucając mu  ciężki plecak na plecy.

– Yes, madam! – Zahid przyjmuje zadanie na swoje barki. Jest dostatecznie duży i silny. Da radę.

Ostatnie spojrzenie na pomarańczowy gaj….oj, chciałabym tutaj znaleźć się jeszcze raz….podczas zbiorów….

Z wizytą u wdów i sierot Sargodhy

Dzisiaj jest czwartek, 9 października 2014. Zaplanowałam, że odwiedzę rodziny, którym nasza Fundacja pomaga. Spędzę czas z dziećmi, porozmawiam z wdowami, na pewno będzie bardzo miło. Zahid zapewnia od rana,  że zaraz pojedziemy, ale najpierw trzeba było pójść na  posterunek policji…w sumie pokonać samochodem spory kawałek. Potem kręciliśmy się po bazarze, też dużo  czasu zeszło. Teraz siedzimy w pokoju  popijając herbatę masalę i nikomu się nie śpieszy….Zaczyna się we mnie gotować…jestem zdana na moich przyjaciół, sama nie dotrę do rodzin. Dla nich czas płynie po pakistańsku. Wolno i leniwie. Siedzą, żartują…a za oknem się ściemnia!

– Cialo, cialo, cialo! – wykrzykuję słówko, którego się nauczyłam, a które odpowiada naszemu „dawaj, dawaj!”. Klaszcząc przy tym w dłonie ponaglam Pastora H. oraz kierowcę, aby ruszyli tyłki i zawieźli mnie tam gdzie chcę.

Pierwszych kilka rodzin mieszka nieopodal. Przygotowuję kwotę jaką zaraz wręczę wdowie i wsadzam do kieszeni. Tuż przed bramą jej domostwa okazuje się, że kieszeń mam pustą! 2000 rupii to równowartość 20 dolarów…Rozglądam się wokoło…Parę metrów ode mnie stoi  motocyklista wraz z grupką mężczyzn, pochylając się nad jakimś skrawkiem papieru. Idę w ich stronę. Zahid mnie dogania.

– Co się stało?

– Zgubiłam całą dotację jaką miałam przekazać wdowie…

Zahid dociera do mężczyzn i odbiera im, jak się okazuje, banknot o nominale tysiąca rupii…cały w strzępach….

– Drugiego tysiąca nie znalazłes?

– Nie, ale ten może mi w banku wymienią….

Przygotowuję kolejne 2000 rupii…moja wina, kasy nie powinnam wsadzać do kieszeni….

– Bogata jesteś…- Zahid z politowaniem kręci nade mną głową….

Obawiałam się, że coś zgubię w Pakistanie, bo to moja przypadłość …ale dobrze,  że paszport i karty kredytowe cały czas mam przy sobie…

Lekko poirytowana, jednak  bardziej ciemnościami panującymi dookoła niż stratą pieniędzy, odwiedzam przeraźliwie nędzne chatki…usiłuję zrobić zdjęcia …marna dokumentacja…Chciałam odwiedzić moich faworytów, trzy sierotki, ale gdy dotarliśmy tam  wszyscy pogrążeni byli we śnie. Przebudzone dzieciaki nie wiedziały o co chodzi. Pluszowe zwierzaczki i czekoladowe monetki rozweseliły ich twarze.

– To jest mała kwota jaką dostajecie, ale czy pomaga?- pytam ciotki sierotek.

– O tak! Bardzo pomaga! – kobieta kładzie rękę na swoim sercu i wznosi dziękczynny wzrok ku niebu.

Jedziemy dalej w ciemnościach, klucząc wśród niebywale wąskich uliczek ubogiej wioski.

– Rodzina, do ktorej teraz pójdziemy nie jest pod opieką Fundacji, ale chcemy abyś ich odwiedziła….

Myślę o niewielkim budżecie jakim dysponujemy….Słyszę historię o kobiecie, która parę miesięcy temu została śmiertelnie  porażona prądem podczas wieszania prania…osierociła sześcioro dzieci….W eskorcie sąsiadów, którzy nagle pojawili się niewiadomo skąd wchodzę na podwórko. Ktoś wręcza mi jakiś świstek papieru…

– Tu jest to miejsce gdzie zginęła, a to są jej dzieci….

Widzę gromadę kilkuletnich, brudnych, obdartusków….gula w gardle…łzy w oczach….Wchodzę do małego pomieszczenia. Na łóżku leży chlopczyk z zabandażowaną ręką, po policzkach siedzącej obok niego babci plyną łzy. Przytulam ją i już nie mogę opanować szlochu jaki wydobywa się z mojego gardła.

– Ten chłopczyk chciał uratować matkę, stracił połowę dłoni…- ktoś mi objaśnia.

Z trudem hamując spazmatyczny szloch, wyciągam z portfela wszystko co mam, z plecaka resztę czekoladek i już wiem, że tę rodzinę też wezmę pod swoje skrzydła.

Do głębi wzruszona wychodzę na zewnątrz. Zatrzymuje mnie młody mężczyzna.

– Chciałem zarekomendować tę rodzinę,  dlatego wręczyłem pani to pismo. Jestem sąsiadem. Oni naprawdę zasługują na pomoc, im naprawdę pomoc  jest  potrzebna!

– Już nie trzeba rekomendacji..-  cicho zwracam się do niego.

– Już załatwione. Będą otrzymywali pomoc.- potwierdza Zahid  uspokajająco, kładąc mężczyźnie rękę na ramieniu…..  .

Sargodha, Sargodha…

Do drugiej w nocy trwały pielgrzymki do mojego pokoju. Bardzo to miłe i sympatyczne, ale oczy moje zapadały się już wgłąb głowy, a świat zaczynał wirować. Kiedy tylko udało mi się przyłożyć głowę do poduszki, obudził mnie odgłos elektrycznej pompy wodnej w mieszkaniu, stukanie  naczyń w kuchni oraz azan – wezwanie do modlitwy z pobliskiego meczetu. Między czwartą a piątą wiłam się jak piskorz, usiłując ponownie zasnąć. Niestety, rodzina była już na nogach. Leżałam więc leniwie jedynie do godziny siódmej, gdyż o tej porze do mojego pokoju znowu zaczynali  przychodzić uszczęśliwieni domownicy. No i jak tu nie odwzajemnić ich szczęścia? Wyśpię się w Europie, a tutaj trzeba łapać chwilę. Nalewam zimnej wody do kubła, zanurzam moje zakurzone ciuchy z poprzedniego dnia. Nabeela, młodziutka żona mojego adoptowanego siostrzeńca Zahida, jest zbulwersowana, że zabrałam się za pranie. Powinnam jej dać swoje ubrania i ona by wyprała. Energicznie płucze moje rzeczy z resztek mydła, wrzuca do miski i zanosi na dach, aby je rozwiesić na  drucie.

– A co z moją bielizną?

-Schowamy ją pod bluzką, o tak – Nabeela demonstruje mi jak należy ukryć mokre niewymowne  przed męskim wzrokiem…Na myśl przychodzą mi damskie figi, biustonosze, pończochy  itp suszące się na balkonach w naszej kochanej Polsce… Co kraj to obyczaj….

Zgodnie z obietnicą smażę drożdziowe racuchy. Drożdze w proszku przywiozłam z Polski. Racuchy  bardziej przypominają pączki, ale to jeszcze lepiej. Wszystkim bardzo smakują.

Dzisiaj chcę odwiedzić wdowy i sieroty Sargodhy, do których wysyłamy regularnie pomoc z mojej Fundacji.

Obserwuję codzienne życie kobiet. Pranie, gotowanie, mycie podłóg. Mężczyźni pracują na zewnątrz w swoich biurach, fabrykach, sklepikach. W domu wypoczywają. Kobiety też wypoczywają w międzyczasie, więc wylegujemy się wspólnie. Po południu jedziemy na posterunek policji, aby mnie zameldować. W każdym pomieszczeniu rozlatujące się krzesła i stoliki na których leżą sterty dokumentów.

– Oni tu ciężko pracują… – stwierdzam obserwując śpiącego urzędnika z głową opartą na  stoliku.

Idziemy na bazar. Może dostanę jedwab? Wzbudzam sensację moimi obcisłymi jeansami. To nic, że na t-shirt założyłam delikatną tunikę. I tak jest za krótka. Kobiety  na ulicy normalnie śmieją sie ze mnie! To, że trzeba mnie ubrać tak,abym nie wzbudzała sensacji staje się coraz bardziej oczywiste… Sargodha…tyle razy oglądałam obrazki z tego miejsca. W moich wyobrażeniach urosło do rangi niemalże raju! A tymczasem z każdego zakątka spogląda na mnie bieda, nędza, zaniedbanie, walka o byt…Pakistańskie miasto jakich wiele…a jednak mam do niego szczególny sentyment ze względu na przyjaciół jakich tu znalazłam….

Motyle będą tańczyć

Na mój widok Esther wylewa krople oliwy na odrzwia domu. Płatki róż sypią się na moją głowę. Silne kobiece ramiona obejmują mnie szczelnie. Nabeela, Esther, Aneela…łzy szczęścia, że możemy być nareszcie razem. Mały pokój zastawiony potężnym łożem, pod okno wciśnięta sofa. Naprzeciwko łoża ogromna szafa. Po prawej stronie toaletka z lustrem. Typowy pokój pakistańskiej rodziny. Meble stanowią zazwyczaj posag żony. Łoże jest naprawdę imponujące. Goście przychodzą non stop i zasiadają lub kładą się na nim. Ruch jak  na dworcu głównym. Czuję w głowie lekki szum. Najchętniej padłabym na to łóżko jak zabita i odespała podróż. Niestety kolejni członkowie rodziny napływają bezustannie, aby się ze mną przywitać. Łoże, na które położono teraz ceratę, zamieniło się w miejsce uczty. Rodzina zasiada  po turecku dookoła wszelakich  kubków, misek, miseczek, talerzy…maczamy kawałki chleba roti w rozmaitych pikantnych sosach i delektujemy się ich smakiem, a także własnym towarzystwem. Niektórzy siedzą na sofie, inni na podlodze, czy na toaletce. Jest gwarno i wesoło. Rozdaję prezenty. Bardzo ważna część w tej kulturze. Obdarowywanie się prezentami to okazywanie przyjaźni, miłości i szacunku. Dzieciaki skaczą po głowach i ramionach dorosłych, następnie po łóżku, pomiędzy miskami i talerzami. Cieszą się z tego co dostały. Ja marzę o drzemce.

– No a teraz szykuj się na wieczorne nabożeństwo.

Ha…czyli o drzemce muszę zapomnieć. Kilkaset osób zgromadzonych pod gołym niebem . Maleńki budynek kościelny nie może ich pomieścić. Służy teraz za szkółkę niedzielną. Kobiety siedzą na dywanach rozłożonych na ziemi po prawej  stronie, mężczyźni po lewej. Wśród kobiet jest bardziej kolorowo. Wszystkie mają na głowach dupatty. Narzucam i ja na siebie kawałek mojego jedwabnego, tęczowego woala, którego jeden koniec przywiązałam do 50-cio centymetrowego łańcucha….

Na podium – niespodzianka! Moja dupatta zmienia się w tańczącego motyla! Demonstruję radośnie to co lubię robić najbardziej – wiruję, pląsam przy dźwiękach muzyki…Teraz widać po co mi był ten łańcuch. Kręcę nim koła i spirale, woal faluje i fruwa we wszystkie strony.  Kobiety są oczarowane, czekają na jeszcze….pozostawiam je jednak z uczuciem niedosytu. Mówię jak dobry jest Bóg, który spełnia marzenia. Kocha kobiety pod każdą szerokością geograficzną. Dlatego z tej radości tańczyć będę do końca moich dni…Setki przepięknych uśmiechów pojawia się przed moimi oczami…Wiem, że motyle będą tańczyć….

Odkrycie Pakistanu

Po kilkunastu godzinach lotu wyglądam jak nocna zjawa. Lotnisko w Lahore dalece odbiega od standardów światowych. Lekko obskórne, nasze wczesne lata 80-te. Odświeżam się w toalecie – typowo azjatyckiej, ale uczucie szczęścia, że doleciałam do celu sprawia, iż wszystko widzę w różowych barwach.

Mnóstwo chętnych do pomocy, a zarazem oczekujących  drobnej opłaty nadciąga z każdej strony. Stanowcze „nie” od zaradnej, europejskiej, lekko aroganckiej kobiety chłodzi ich zapał.

Wyobrażam sobie moment, który za chwilę nastąpi. Oto  moi serdeczni przyjaciele przywitają mnie z wielką pompą…

Wychodzę na zewnątrz. Męski świat…Jedna ręka do mnie macha.

– Tu jestem! Hej Sylka!

To pastor S. z Lahore cieszy się na mój widok…Wita mnie wieńcem zarzucając mi go na szyję, kwiatami, płatkami róż….

A gdzie Zahid, gdzie reszta???

Staram się opanować moje rozczarowanie…

Musimy na nich czekać….Oj, mam ochotę komuś skopać tyłek….Wciąga mnie jednak konwersacja z Pastorem S.

Biję brawo na widok „trzech muszkieterów”, którzy ostatecznie pojawiają się w przedsionku lotniska. Nie ma co się tłumaczyć, czas załadować wielką torbę do filigranowego autka, nie posiadającego bagażnika…. Nic mnie nie dziwi. Przerabiałam już to w Indiach. Pokazuję rozwiązanie problemu i jedziemy na obiadek do Pastora S.

Lahore trochę przypomina Delhi. Ten sam zgiełk, motoriksze, motocykle…

Czas mija szybko. Wypijam upragnioną herbatkę masalę i wyruszamy do Sargodhy. Lahore odwiedzę raz jeszcze.

Wielkie krople  uderzają o szyby samochodu.

– Przywiozłaś ze sobą deszcz! – przyjaciele cieszą sie z tego faktu niezmiernie.

Kluczymy po ulicach Lahore. Kierowca  zapomiał trasy powrotnej…

Co chwilę zatrzymujemy się pytając o drogę. W końcu udaje się nam znaleźć autostradę w kierunku Sargodhy.

Oglądam świat za oknem…

– Przecież to są Indie! Tu jest dokładnie tak samo! – dokonuję zadziwiającego odkrycia.

Spodziewałam się bardziej cywilizowanego kraju. A tutaj jest ta sama rzeczywistość. Te same brudne, szare do domy, te same ulice, te same śmieci, ta sama bieda. Jedynie  zamiast hinduskich świątyń są małe, cukierkowe meczety, nie ma świętych krów i dzikich świń na ulicach. Są natomiast osły ciągnące dwukółki, czasami wielbłądy, oraz stada kóz i owiec pędzonych przez pasterzy. Na ulicach głównie mężczyźni ubrani w kurty, kobiety w znacznie mniejszej ilości, szczelnie okryte chustami – dupattami.

Jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jestem ponownie w Indiach.

Dzięki Ci Boże za ten prezent. Czuję, że jestem szczęśliwa!

 

Lot Londyn – Lahore

Siedzę sobie wygodnie przy oknie, wystawiając buzię do słonecznych promieni. Obok mnie siada młody mężczyzna z miną zbitego psa. Koło niego usadawia się rozhisteryzowana dziewczyna, która nie zważając na nic robi mu niekończące się wymówki. Zanosi się przy tym płaczem, aż stewardessa podchodzi i pyta się czy pomóc.

– No, nieźle się zapowiada….. lot z furiatką  – myślę sobie i zarazem kątem oka obserwuję  siedzącą obok mnie parę. Chłopak wzbudza moją empatię.

Patrzę na zegarek. Już dwadzieścia minut po czasie. Samolot kołuje po płycie lotniska, ale ku mojemu zaskoczeniu wraca na miejsce postoju.Z głośników dobiega głos kapitana, że zaginął pasażer i samolot nie dostał pozwolenia na lot.

– Coś takiego? Jak to zaginął? W drodze od bramki na pokład? Jak to możliwe? – retoryczne pytania tańczą w mojej głowie.

Mija godzina. Kapitan przeprasza za opóźnienie. Furiatka nasila swoją histerię. Wszyskiemu winny jest on, to jego wina, przez niego nie będą mieli wakacji!  Chłopak stara się uspokoić dziewczynę. Głaszcze, przytula. Niestety powoduje to tylko odwrotny skutek.

Na pokład wchodzą funkcjonariusze w jaskrawozielonych, odblaskowych kamizelkach. Klikając w mały przyrząd liczą pasażerów na pokładzie. Jest ich ze czterech , stewardessy i stewardzi też chodzą tam i z powrotem licząc ludzi.

– Holender…czy ja w ogóle wystartuję do tego Pakistanu? Może lepiej wysiąść i powiedzieć dziękuję….a jak mi się coś stanie??

Różne myśli przychodzą mi do głowy. Nagle na niebie pojawia się tęcza. Wewnątrz słyszę cichy głos: „Nie bój się”…

Mija druga godzina. Wszyscy martwią się o swoje  kolejne loty. Wreszcie kapitan oznajmia, że sytuacja jest rozwiązana i że otrzymali pozwolenie na start. Zapewnia, iż linie Qatar Airways zrobią wszystko, aby dalsza nasza  podróż  przebiegała bez zakłóceń.

Postanawiam niczym się nie przejmować. Delektuję się podróżą.

***

Lądujemy w Doha. Przy wejściu stewardessy i stewardzi kolejnych lotów czekają z tabliczkami na swoich pasażerów. Singapur, Delhi…nie ma Lahore!! Słyszę ostatnie wezwanie na pokład samolotu.

– Bramka C21. Czekają tam na panią – informuje mnie pracownik lotniska.

Pędzę jak strzała. Bramki jak nie widać tak nie widać. Pokonuję kilometr za kilometrem potężnego portu lotniczego. Człapię w moich sandałach, ich odgłos roznosi się echem  na całej przestrzeni.Mijają mnie roześmiane, męskie, arabskie twarze. „Mam was gdzieś! Nie obchodzi mnie jak wyglądam. Muszę się dostać na pokład!”

Biegnę już ostatkiem sił, zaczynam rzucać angielskimi przekleństwami.  Pracownicy lotniska  kierują mnie na  następne pół kilometra do bramki….

Ostatnie wezwanie na pokład….Nareszcie. Dobiegam, podaję paszport.

W autobusie telefon do Zahida.

– Zdążyłam. Czekajcie na mnie w Lahore. Będę na czas.

Bilet do Lahore

– Co się dzieje?! Gdzie jesteś?!

Dostaję rozpaczliwe smsy z biura w Horsham. Coż, jestem w Londynie, w tłumie Pakistańczyków, czekam na swoją kolejkę. Do pracy przyjadę pod wieczór.

Mój wyjazd do Pakistanu omawiałam cały czas z Bogiem.

– Jeśli przyjmą moje podanie o wizę bez problemów i nie będą się czepiać to znaczy, że otwarta droga.

Przyjęli bez problemów, nawet opłata była o połowę niższa.

– Boże, jeśli mój mąż dostanie kasę z ZAIKSu, zanim złożę podanie to znaczy, że otwarta droga dla mnie.

I tak było. Właśnie przekraczałam próg biura wizowego, kiedy na Messengerze uszczęśliwiony małżonek oznajmiał mi o ładnej sumce jaką dostał w tym roku z tantiemów.

A teraz zostałam wezwana na rozmowę z konsulem.

W budynku numer 36 przy Lowndes Squere,  w Ambasadzie Pakistanu, w Londynie czeka już mała grupka na audiencję u konsula. Zostaję wprowadzona jako druga.

– Proszę usiąść. – oznajmia całkiem młody i jeszcze przystojny konsul, ze złotym sygnetem na palcu.

Gabinet jest potężny, biurko okazałe, pod ścianą jakaś sofa, w którą się zapadam.

– Nie, nie. Proszę bliżej. – konsul zaprasza mnie do biurka.

Emanuje od niego pewność siebie i duma.Zadaje drażliwe pytania. Opowiadam mu o swojej pasji i to dlaczego chcę odwiedzić Pakistan.

Pyta o Zahida, bo to on wysyłał mi zaproszenie do Sargodhy.

– Znamy się dwa lata….online….

– Online?!!

– No tak, proszę dać mi szansę poznać go w rzeczywistości.

– A ufa mu Pani?

– Oczywiście. To mój najlepszy przyjaciel, a to bransoletka przyjaźni, którą noszę.

Konsul spogląda na czerwony sznurek okalający mój nadgarstek. Jeszcze raz wertuje kartki mojego paszportu po czym ściszonym głosem, nie patrząc w moją stronę oznajmia :

– Dobrze, dam Pani tę wizę. Witam w Pakistanie.

Fala szczęścia ogarnia mnie. Upewniam się jeszcze raz czy dobrze usłyszałam.

Tak!Tak!Tak! Droga do Pakistanu stoi przede mną otworem!

Nie mogę się powstrzymać, aby nie skakać i nie krzyczeć na ulicy ze szczęścia. Ktoś pyta dlaczego jestem taka szczęśliea….ehhh….długo by tłumaczyć.

Nazajutrz robię jedno małe kliknięcie na komputerze  i elektroniczny bilet Londyn- Lahore staje się rzeczywistością….